II Niedziela
B. Narodzenia (A)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-a

[J 1,1-18]

Zdarza się, że w naszym życiu doświadczamy bolesnych rozczarowań. Sprawiają one, że zaczynamy odczuwać życie jak jedno wielkie oszustwo. Rodzi się pragnienie, by coś zmienić, by zacząć postępować jak ci inni, pozostali, którzy zdają się mięć całkiem dobrze, mimo że za bardzo się nie przejmują wskazaniami Pana Boga.

Fakt, że wielu (może dzisiaj już większość?) tak postępuje, nie oznacza, że to oni znaleźli recepty na szczęście. Pokusa „spontanicznego sposobu życia” opiera się na rozpowszechnionych wzorach, ale nie do końca przez nas rozeznanych. Nasze myślenie powinno zostać oczyszczone w tym względzie. Temu właśnie służy refleksja mądrościowa, której ślady odnajdziemy w dzisiejszych czytaniach.

Cwaniak, przebiegły, kuty na cztery łapy, obrotny, zaradny… to tylko niektóre z terminów stosowanych przez współczesnych na określenie „człowieka sukcesu”. Chodzi o cechy, które mają wiele wspólnego z tzw. życiowym doświadczeniem, które jednak nierzadko służą jedynie zaspokojeniu codziennych (egoistycznych?) życiowych potrzeb.

Mądrość w ujęciu biblijnym to zdolność pozostawania zawsze na właściwym miejscu, która pokazuje właściwy horyzont życia, która pozwala uniknąć życiowych rozczarowań… nie tyle poprzez „zmianę wydarzeń”, ile poprzez zmianę naszego sposobu myślenia i oceniania, co pozwala nam nabrać zdrowego dystansu do rzeczywistości nas otaczającej. Ona demaskuje głupotę tych wszystkich, którzy ufają tylko i wyłącznie ludzkiemu doświadczeniu, niekiedy podbudowanemu sugestiami tzw. podręcznikowych specjalistów wskazujących – w imię wolności i niezależności człowieka – jedynie słuszne i poprawne sposoby samorealizacji.

Tymczasem droga prawdziwej mądrości bierze swój początek z… wiary! Zaczyna się od bojaźni Boga; ta zaś nie ma nic wspólnego z lękiem: ona jest uznaniem (któremu nierzadko towarzyszy pokora, świadomość własnej małości) niezaprzeczalnej i tajemniczej obecności Stwórcy w moim życiu.  W świetle wiary odkrywam, że ułuda może mnie pociągnąć, jeśli nie będę rozpoznawał obecności Boga w mojej historii, zawierzając jedynie własnemu doświadczeniu, rezultatom osobistych przemyśleń, ideom skrojonym jedynie na miarę mojego umysłu, starając się przy tym za wszelką cenę rozróżnić co jest dobre, a co nie, zamiast… „pokolorować życie” Bożym sensem.

Ta mądrość Boża, o której tutaj mówię, ma swoje imię, bardzo konkretne: Jezus Chrystus!

To On pozwala mi powstać, kiedy uświadomię sobie własną niemoc, która – czy chcę się do tego przyznać, czy też nie – jest wyłącznie owocem mojej… pychy. Tyle razy zdawał się przypominać i zachęcać: Przyjdźcie do Mnie wszyscy.. To Ja jestem.. Nie lękajcie się… Lękacie się, bo jesteście grzesznikami, ale Ja przecież po to przyszedłem, by was od grzechu uwolnić… Boicie się, bo z własnej winy (bardziej lub mniej świadomie) oddaliliście się od stada, ale Ja jestem Dobrym Pasterzem…

Chrystus stał się człowiekiem, by ukazać nam prawdziwy obraz Boga: Bóg to przede wszystkim ktoś zatroskany o zbawienie człowieka – czyli Ojciec! Żydzi bardzo chętnie rozprawiali o Bogu, jako Ojcu, ale zawsze był to Ojciec, który pozostawał… w niebie, a ten fakt domagał się wyjątkowego szacunku i dystansu. Jezus dokonał zatem rewolucyjnej zmiany. Na tym między innymi polega absolutna nowość chrześcijaństwa: Bóg zasiadający na swym tronie wysoko w niebie budzi lęk i szacunek; kiedy natomiast jawi się jako… bezbronne Dziecię powoduje (szkoda tylko, że tak rzadko!) uczucie miłości. Bóg jest rzeczywiście Ojcem przepełnionym miłością, tak wielką, że udziela nam łaski niezasłużonej, przewyższającej wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać, i to tak dalece, że wysiłek, życiowa fatyga, cierpienie, rozczarowanie nie są w stanie zniweczyć radości płynącej z Jego bliskości. Nie mamy żadnego „racjonalnego” powodu, by Mu nie dowierzać, że także w chwilach dla nas trudnych, gdy wokół jedynie ciemność, gdy codzienność ze swymi problemami staje się być zbyt przytłaczająca… racja jest po Jego stronie.

Fakt, że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Ojca, ma dla nas istotne życiowe konsekwencje: uświadamia nam (choć w codzienności nie zawsze chcemy o tym pamiętać), że wszyscy jesteśmy… siostrami i braćmi. To wymaga od nas konkretnych postaw w myśleniu i działaniu. Jeśli chcemy pozostać wierni Bożym propozycjom, musimy podejmować walkę z każdą formą podziału: wojny, rasizm, nietolerancja, głód, nienawiść, niedorozwój, choroba, samotność… Mamy ku temu wspaniałe środki: pokój, braterstwo, solidarność, miłość, służba, dar z siebie… Czy to zbyt wiele?

Problem polega na tym, że te wartości nie są abstrakcją i nie spadają nam z nieba. Aby zaistnieć, potrzebują nas! Tylko my je możemy wprowadzić w życie, w przeciwnym przypadku nigdy nie zaistnieją.

Zaryzykuję zatem dzisiaj stwierdzenie, które być może zabrzmi zbyt paradoksalnie ma jednak swoje mocne zakorzenienie w słowie Bożym – wam pozostawiam ocenę i wnioski… Jeśli dzisiaj jesteś zmęczony/a życiem, odczuwasz trud wierności Bogu, masz ociężałe serce, przygniata cię ciągle ta sama codzienność, nie dostrzegasz niczego poza życiową przegraną… to zapewne dlatego, że jesteś przepełniony/a darami, które nadal czekająca na swoją chwilę, aby – dzięki tobie – móc wreszcie pojawić się na tym świecie… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>