II Niedziela po Bożym Narodzeniu

strefywiaryhomilie, homilie-c, homilie-zwykle-c

[J 1, 1-18]

W świątecznym, pełnym pogody ducha nastroju, chcę wam postawić pytanie z pozoru proste, a przecież od wieków jednakowo niepokojące: Co sprawiło, że Odwieczny Bóg postanowił zamieszkać wśród ludzi? Dlaczego wszedł między nas wiedząc, jakie spotka Go powitanie i przyjęcie?
Człowiek od zarania dziejów tworzył sobie wyobrażenia Boga. Greccy nazwali go Zeusem i widzieli w nim boga grzmotów i błyskawic, kapryśnego i nieprzewidywalnego. Dla ludów Bliskiego Wschodu był Baalem, bóstwem, które sprzyjało płodności pól i zwierząt. Inni „ogień, wiatr, powietrze chyże, gwiazdy dookoła, wodę burzliwą lub światła niebieskie uznali za bóstwa, które rządzą światem” (Mdr 13,2).
Ileż masek nałożono na prawdziwe Oblicze Boga Jedynego?! Wierzono, że jest żądny krwi i pełen przemocy, że nakazywał wojny i zagładę swoich wrogów, że jest okrutnym sędzią, który przychylnym okiem patrzy na tych, co wiernie przestrzegają jego przykazań, a nienawidzi i karze tych, którzy nie są mu wierni, że jest mścicielem, który tylko czeka na to, by w stosownej chwili dokonać odwetu. Takiego Boga nie da się kochać…

Na szczęście taki Bóg.. nie istnieje!!!

Aby zedrzeć wszystkie te maski, by zaprzeczyć wszystkim tym kłamstwom, zniekształceniom, wymysłom, pomówieniom… Bóg nie miał innego wyjścia, jak.. przyjść na świat. Nie po to, by zmazać jedynie „grzech pierworodny”, lecz by pokazać swoje prawdziwe, fascynujące Oblicze. W Jezusie z Nazaretu stał się jednym z nas, a na krzyżu objawił w sposób niepodlegający dyskusji, dokąd sięga Jego bezwarunkowej miłość do człowieka. Nie został jednak rozpoznamy – można się było tego spodziewać – bo objawił się bardzo odmiennie od tego jak był sobie wyobrażany…

Zdarza się, że w naszym życiu doświadczamy bolesnych rozczarowań. Sprawiają one, że zaczynamy odczuwać życie jak jedno wielkie oszustwo. Rodzi się pragnienie, by coś zmienić, by zacząć postępować jak ci inni, pozostali, którzy zdają się mieć całkiem dobrze, mimo że za bardzo się nie przejmują wskazaniami Pana Boga. Fakt, że wielu (może dzisiaj już większość?) tak postępuje, nie oznacza, że to oni znaleźli recepty na szczęście. Pokusa „spontanicznego sposobu życia” opiera się na rozpowszechnionych wzorcach, tyle, że nie do końca przez nas rozeznanych. Nasze myślenie powinno zostać oczyszczone w tym względzie. Temu właśnie służy refleksja mądrościowa, której ślady odnajdziemy w dzisiejszych czytaniach.

Cwaniak, przebiegły, kuty na cztery łapy, obrotny, zaradny… to tylko niektóre z terminów stosowanych przez współczesnych na określenie „człowieka sukcesu”. Chodzi o cechy, które mają wiele wspólnego z tzw. życiowym doświadczeniem, które jednak nierzadko służą jedynie zaspokojeniu codziennych (egoistycznych?) życiowych potrzeb.

Mądrość w ujęciu biblijnym to zdolność pozostawania zawsze na właściwym miejscu, która pokazuje właściwy horyzont życia, która po-zwala uniknąć życiowych rozczarowań… nie tyle poprzez „zmianę wydarzeń”, ile poprzez zmianę naszego sposobu myślenia i oceniania, co pozwala nam nabrać zdrowego dystansu do rzeczywistości nas otaczającej. Mądrość biblijna demaskuje głupotę tych wszystkich, którzy ufają tylko i wyłącznie ludzkiemu doświadczeniu, niekiedy podbudowanemu sugestiami podręcznikowych specjalistów wskazujących – w imię wolności i niezależności człowieka – jedynie słuszne i poprawne sposobu samorealizacji. Tymczasem droga prawdziwej mądrości bierze swój początek z… wiary! Zaczyna się od bojaźni Boga; ta zaśnie nie ma nic wspólnego z lękiem: ona jest uznaniem – któremu nierzadko towarzyszy pokora, świadomość własnej małości – niezaprzeczalnej i tajemniczej obecności Stwórcy w moim życiu.

W świetle wiary odkrywam, że ułuda może mnie pociągnąć, jeśli nie będę rozpoznawał obecności Boga w mojej historii zawierzając je-dynie własnemu doświadczeniu, rezultatom osobistych przemyśleń, idei skrojonej jedynie na miarę mojego umysłu, starając się przy tym za wszelką cenę rozróżnić, co jest dobre, a co nie, zamiast… „pokolorować życie” Bożym sensem.

Ta mądrość Bożą, o której tutaj mówię, ma swoje imię, bardzo konkretne: Jezus Chrystus! To Jezus pozwala mi powstać, kiedy uświadomię sobie własną niemoc, która – czy chcę się do tego przyznać, czy też nie – jest wyłącznie owocem mojej… pychy. Tyle razy zdawał się przypominać i zachęcać: Przyjdźcie do Mnie wszyscy.. To Ja jestem.. Nie lękajcie się… Lękacie się, bo jesteście grzesznikami, ale Ja przecież po to przyszedłem, by was od grzechu uwolnić… Boicie się, bo z własnej winy (bardziej lub mniej świadomie) oddaliście się od stada, ale Ja jestem Dobrym Pasterzem…

Chrystus stał się człowiekiem, by ukazać nam prawdziwy obraz Boga: Bóg to przede wszystkim Ktoś zatroskany o zbawienie człowieka czyli Ojciec! Żydzi bardzo chętnie rozprawiali o Bogu, jako Ojcu, ale zawsze był to Ojciec, który pozostawał… w niebie, a ten fakt domagał się wyjątkowego szacunku i dystansu. Jezus dokonał zatem rewolucyjnej zmiany. Na tym między innymi polega absolutna nowość chrześcijaństwa: Bóg zasiadający na swym tronie wysoko w niebie budzi lęk i szacunek; kiedy natomiast jawi się jako… bezbronne Dziecię powoduje (szkoda tylko, że tak rzadko!) uczucie miłości.

Bóg jest rzeczywiście Ojcem przepełnionym miłością, tak wielką, że udziela nam łaski niezasłużonej, przewyższającej wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać, i to tak dalece, że wysiłek, życiowa fatyga, cierpienie, rozczarowanie nie są w stanie zniweczyć radości płynącej z Jego bliskości. Nie mamy żadnego „racjonalnego” powodu, by Mu nie dowierzać, że także w chwilach dla nas trudnych, gdy wokół jedynie ciemność, gdy codzienność ze swymi problemami staje się być zbyt przytłaczająca… racja jest po Jego stronie.

Fakt, że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Ojca ma dla nas istotne życiowe konsekwencje: uświadamia nam (choć w codzienności nie zawsze chcemy o tym pamiętać), że wszyscy jesteśmy… siostrami i braćmi. Jeśli chcemy pozostać wierni Bożym propozycjom musi podejmować walkę z każdą formą podziału: wojny, rasizm, nietolerancja, głód, nienawiść, niedorozwój, choroba, samotność… Mamy ku temu wspaniałe środki: pokój, braterstwo, solidarność, miłość, służba, dar z siebie… Czy to zbyt wiele?

Problem polega na tym, że te wartości nie są abstrakcją i nie spadają nam z nieba. Aby zaistnieć potrzebują nas! Tylko my je możemy wprowadzić w życie, w przeciwnym przypadku nigdy nie zaistnieją.

Zaryzykuję zatem dzisiaj stwierdzenie, które być może zabrzmi zbyt prowokacyjnie, ma jednak swoje mocne zakorzenienie w słowie Bożym (wam pozostawiam ocenę i wnioski).

Jeśli dzisiaj jesteś zmęczony/a życiem, odczuwasz trud wierności Bogu, masz ociężałe serce, przygniata cię ciągle ta sama codzienność, nie dostrzegasz niczego poza życiową przegraną… to zapewne dlatego, że jesteś przepełniony/a darami, które nadal czekająca na swoją chwilę, aby – dzięki tobie – móc wreszcie pojawić się na tym świecie… To dlatego Bóg poszukuje cię nieustannie, nie zniechęca się dystansem, nie przejmuje się twoimi brakami. Nie daje ci spokoju w rejonach twoich ucieczek, gdyż pragnie być „twoim Bogiem”, na zawsze.

Tamtej nocy pojawiła się na świecie nowa, miłująca Obecność, która zdolna jest zmienić wszystko. Zatem i w twoim życiu powinno dać się zauważyć, że rzeczywiście coś się zaczyna zmieniać. Może się zdarzyć, że z tego powodu ktoś będzie bił na alarm, ktoś się będzie dziwił, ktoś się zgorszy… Nieważne! Tylko to nowe, odmienione na wzór pragnienia Boga, ma sens… nie tylko w wieczności, ale już teraz, tu na ziemi. Nie dajmy się wyprzedzić w odkrywaniu tej nowej Obecności Boga. On się już narodził.. Teraz kolej na mnie, na ciebie… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

 

<<< PoprzedniNastępny >>>