Zesłanie Ducha
Świętego (B)

zonedifedehomilie

pentecoste-b

[J 15,26-27; 16,12-15]

W drugim rozdziale Dziejów Apostolskich św. Łukasz Ewangelista, opisując zesłanie Ducha Świętego, podaje bardzo ciekawą uwagę: „Znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu”. Można odnieść wrażenie, że ta jedność apostołów stanowi niejako warunek wstępny, by mogło w ogóle zaistnieć zesłanie Ducha Świętego. A zatem Kościół jest zbudowany przez Słowo, które sprawia porozumienie między „wszystkimi i każdym”. Dopóki to porozumienie nie zostanie nawiązane, Słowo Boże pozostanie dla słuchających jedynie… hałasem. Inaczej mówiąc – hałas, „szum podobny do gwałtownego wichru” staje się zrozumiałym słowem wtedy, gdy Duch pozwala wszystkim porozumieć się, mimo że każdy zachowuje własną odrębność.

Dzisiaj – ulegając zbytnio sloganom o powszechnym braterstwie i równości – mylimy porozumienie się z… jednakowością. Tymczasem nie chodzi o to wyłącznie, by mówić mową drugiego. Trzeba nam zaczynać od mówienia „swoim językiem”! Wówczas dopiero nasz bliźni potrafi uchwycić we własnym języku, to o co nam chodzi. Na tym właśnie polega cud Pięćdziesiątnicy… Termin „Pentecoste” czyli Pięćdziesiątnica, który stosujemy na określenie Zielonych Świąt, znaczy tyle, co „czynić zgromadzenie”, „jednoczyć się”.

Nadejście Ducha Świętego bardzo często symbolizowane jest przez dwa obrazy: wiatru i ognia. Działanie wiatru jest trudne do przewidzenia: „wieje tam, gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża” (J 3,8). Otworzyć się na działanie takiego Ducha – znaczy stać się stworzeniem, które nie idzie drogą wyznaczoną przez ogół, przez przeciętność czy przyzwyczajenie. To nie przypadkiem pierwsi mnisi byli nazywani „synami wiatru”. Czy zdolni jesteśmy przyjąć tak nieoczekiwaną prawdę, że nie ma człowieka bardziej wolnego niż… święty!

Wiatru nie można posiąść, to on nas posiada. Rozważmy to dobrze: przyjąć Ducha Świętego w swoje życie – znaczy zgodzić się na „wiatr”. A kiedy on się pojawia – nic nie zostaje na swoim miejscu.

Ogień z kolei, kolejne wyobrażenie Ducha Świętego, oświeca, daje ciepło, oczyszcza. Rozprzestrzenia się. Nie potrafi pozostać we własnych granicach. „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12,49). Warto się zbliżyć do tego ognia, dołożyć naszą pochodnię, ukochać jego żar. Nie zasypujmy go popiołami naszej ludzkiej ostrożności. Nie budujmy w naszych sercach zapór żaroodpornych. Aby przetworzyć materię, ogień musi ją uwolnić z wszelkiej nieczystości, brudu. Nie ma jednak nawrócenia bez zmian, nie ma zmian bez oczyszczenia i nie ma oczyszczenia bez bólu. Jeśli rzeczywiście pragniemy, aby nasze życie stało się przejrzyste, musimy zdać się na ogień Ducha Świętego.

Zauważcie, że po całym tym zajściu apostołowie w nim uczestniczący nie mogą usiedzieć na miejscach – muszą zaraz stawić czoła całemu światu i potędze jego zła [przypominam, że w teologii Janowej termin „świat” służy określeniu sił przeciwstawnych Bogu, nie odnosi się do stworzenia]. Ta swoista zażyłość z ogniem Ducha wyraża się niemal natychmiast poprzez „zaraźliwą” wiarę.

Zesłanie Ducha Świętego jest świętem Kościoła, który wychodzi z lęku, z nieśmiałości, z beznadziejności. Takiego Kościoła – zrodzonego z Ducha – nie da się zepchnąć na margines historii, nic i nikt nie jest w stanie go zatrzymać, wszelkie tego typu obawy powinniśmy wykorzenić z naszego życia. Pozostaje natomiast ciągle aktualne zaproszenie do przechodzenia od lęku do wiary. W przeciwnym razie… zagubimy ślady Zmartwychwstałego, czyli ciągle żyjącego Pana! Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

 

 

<<< PoprzedniNastępny >>>