XXXII Niedziela
Zwykła (A)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-a

[Mt 25,1-13]

Na określenie relacji Boga do człowieka Biblia posługuje się bardzo często wyrażeniem, którego sens można by oddać przez „wierny w miłości”. Bierze się to z przekonania, że z chwilą kiedy Bóg zawarł przymierze z ludźmi, nigdy się ze swej pozycji nie wycofał, mimo że człowiek łamał zasady wzajemnej umowy. Takich przypadków było tak wiele, że wielce uzasadnianym wydaje się pytanie czy człowiek w ogóle jest zdolny do zachowania wierności.

Są sytuacje, kiedy wiara musi stawiać czoła trudnościom wymagającym heroicznych decyzji. Częściej jednak wystarczają zdarzenia codziennego życia, by wykazać niestałość wielu z nas. Wystarczy zwykłe przeciwieństwo lub kusząca propozycja – sprzeczna z wymaganiami Ewangelii – aby zapomnieć o Bogu i skierować się ku bożkom tego świata. Kto chce wyjść zwycięską ręka z podobnych opresji, musi dopuścić w swoim życiu konieczność czuwania; tej właśnie propozycji zwycięstwa dotyczy dzisiejsza Ewangelia.

Czym zatem jest owo czuwanie? Na czym dokładnie polega? Dlaczego jest tak konieczne? Co mu zagraża?

Kiedy mówimy o czuwaniu w wymiarze biblijnym, to przede wszystkim chodzi o oczekiwanie na Kogoś, bardziej, niż na coś. Przypowieść oddaje klimat pierwotnej wspólnoty chrześcijan i jego ważnego problemu. Wierzący w Jezusa wyrażają swoją wiarę w Jego pierwsze przyjście (Wcielenie), a jednocześnie zaświadczają o swoim przekonaniu w drugie przyjście, czyli paruzję: termin ten znaczy dosłownie obecność, przybycie, stawanie się obecnym. Pomiędzy tymi dwoma przyjściami istnieje chwila obecna, teraźniejszość, czas oczekiwania, czyli czas Kościoła. Już wówczas znaleźli się tacy, którzy ten czas chcieli skrócić, niemalże go wyeliminować; stąd w przypowieści akcent położony jest na opóźnianie się Oblubieńca.

Jezus wyraźnie daje do zrozumienia adresatom przypowieści, że nie przyszedł po to, by udzielić informacji na temat ‘kiedy’ to nastąpi, a to oznacza, że chrześcijanie nie powinni sobie tym problemem zaprzątać głowy. Stąd mocne wezwanie do czuwania, a nie do rozbudzania niezdrowej ciekawości. Chrystus wskazuje kierunek wędrowania, ale nie wyjaśnia, co nas czeka po drodze. Jego słowo, które nigdy nie przemija, nie jest czarodziejską różdżką rozwiązującą  tajemnice i rebusy codzienności, lecz światłem oświecającym drogę i pozwalającym rozumieć sens wydarzeń.

W tym kontekście ujawnia się wina nas, wierzących: nie możemy utrzymywać, iż nie zostaliśmy poinformowani; naszym prawdziwym problemem jest to, że nie jesteśmy przygotowani. To dlatego w miejsce informacji, potrzebne jest nam oczekiwanie.

Zauważmy, że linia podziału między pannami roztropnymi i głupimi (nie należy łagodzić tego określenia) nie przechodzi przez sen; faktycznie bowiem „zmorzone snem, wszystkie posnęły.” Różnica widoczna jest w… braku oliwy, bo to ten właśnie brak nie pozwala w doczekaniu na spóźniającego się Oblubieńca.

Krzyk, który rozlega się w nocy, nie jest ostrzeżeniem, lecz… niespodziewanym znakiem! W takim momencie nie ma już czasu, jest zbyt późno – na myślenie i przygotowanie czas był wcześniej. Wierności nie da się zaimprowizować. W godzinie spotkania – a ta jest zawsze niespodziewana – liczy się to, co się ma, to, kim się jest, a nie to czym się być zamierzało… W takiej chwili nie ma już czasu na drobne ‘zastępstwa’, typu „mam ciocię zakonnicę”, „mamy w rodzinie księdza”, „moja córka jest w grupie odnowy”, „syn się zaangażował w grupie wolontariuszu”… Nikt nie stanie w moim miejscu, nikt nie może odegrać mojej roli…

I jeszcze jedno. Także w tej sytuacji należy wystrzegać się  dwóch skrajnych postaw. Są tacy, którzy oczekiwanie mylą z biernością, zapominając o chwili obecnej, pozbawiając w zasadzie znaczenia czas teraźniejszy, czyli pod pretekstem służby na rzecz nieba, odrzucają… historię! Są też i tacy, którzy zapominając o czekającym spotkaniu, przeceniają chwilę obecną i absolutyzują teraźniejszość, co w konsekwencji prowadzi do zapomnienia o wieczności. Takie podejście prowadzi nieuchronnie do pożądania, gromadzenia, wygodnictwa itp. I w jednym, i w drugim przypadku grzech człowieka polega na… nie zdawaniu sobie sprawy z istoty rzeczy, na udawaniu, że wszystko jest w porządku, że nic się złego nie dzieje, że ma czas na ostateczne decyzje…

Oblubieniec, Zbawiciel może się spóźnić – to prawda, ale dał słowo, że przyjdzie! I tej swojej obietnicy nigdy nie wycofał!!! Wierzysz Jego słowu?

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>