XXVIII Niedziela
Zwykła (C)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-c

[Łk 17,11-19]

Tylko jeden człowiek, Samarytanin – przez pobożnych, tradycyjnych Żydów uznawany za wyklętego, za margines społeczny – odczuł potrzebę wyrażenia wdzięczności za uzdrowienie z trądu: dlatego wraca i dziękuje Jezusowi. On jeden uznał, że to co go spotkało jest… darem, łaską, na które niczym sobie nie zasłuży. Pozostali – być może dlatego, że czuli się częścią narodu wybranego – uznali całe zajście za rzecz normalną, zwyczajną, za coś co im się po prostu należało.

Jezus docenia zachowanie człowieka, który okazuje wdzięczność, który potrafi okazać zaskoczenie tym, co go spotkało.

Za cuda nadzwyczajne, wyjątkowe, przewyższające naszą wyobraźnię dziękować jest łatwo; nawet my do tego jesteśmy zdolni. Gorzej natomiast z wdzięcznością, którą można by określić „pamięcią serca”… czyli o rzeczach, których doświadczamy codziennie. Może zbyt łatwo traktujemy je jako nam należne, jako obowiązek Boga względem nas i dlatego nie są one w stanie pobudzić nas do wdzięczności. Bardzo ciekawa w tym kontekście jest obserwacja znanego pisarza Chestertona, który z właściwą sobie przenikliwością zauważa, że co roku ze wzruszeniem dziękujemy Befanie [wróżka, która w tradycji włoskiej przynosi dzieciom prezenty w związku z Bożym Narodzeniem; pełni tę samą rolę, co święty Mikołaj, która wkłada prezenty do buta zawieszonego na drzwiach mieszkania, a zapominamy dziękować Temu, który każdego dnia daje nam parę nóg, które możemy w owe buty włożyć!

W ubiegłą niedzielę zastanawialiśmy się nad naszą wiarą… A przecież to ona jest jednym z największych darów, jakie otrzymaliśmy od Boga! Czy zdarzyło się wam kiedykolwiek po porannym przebudzeniu zakrzyknąć z radości: „Nadal wierzę!”? No właśnie, wiara która jest największych cudem, uważana jest przez nas za rzecz oczywistą, należną nam. Tak łatwo się do niej przyzwyczajamy i w związku z tym zapominamy, że „wszystko jest łaską”. A skoro wszystko jest łaską, to wszystko powinno stać się… dziękczynieniem!

Chrześcijanin to nie ten, który nieustannie prosi o łaski i je otrzymuje, ale ten, który potrafi „dzięki składać”! To nie przypadek, że Eucharystia, która stanowi najbardziej wyniosły kult chrześcijański znaczy dosłownie „dzięki czynić”! Dla jasności i uniknięcia łatwych skojarzeń, i w konsekwencji częstych nieporozumień. Bóg nie oczekuje od nas podziękowań na wzór tych, które składamy naszych darczyńcom. On czeka – cierpliwie – na nasze otwarcie się na radość, na chwałę, na życie! Jemy podobają się niezmiernie ci, którzy potrafią „obracać” otrzymanymi darami, talentami, którzy nie pokrywają ich kurzem przyzwyczajeń i nudy.

Każdy z nas – w planie Bożym – ma jakieś zadanie do spełnienia. Powinniśmy zatem pamiętać o tych „wielkich dziełach Bożych”, które bez naszego dobrowolnego udziału pozostaną w jakiś sposób niedokończone. Trudność polega na tym, że my nauczyliśmy się obszar naszego dziękczynienia Bogu ograniczać do wymiaru i obszaru… liturgii i nie dopuszczamy myśli, że ono musi znaleźć właściwe miejsce w naszej codzienności.

Tak naprawdę to każdy nasz czyn winien być formą dziękczynienia za dary Boga. Jeśli nauczymy się tego, wówczas nawet zwykły uśmiech nabierze charakteru gestu liturgicznego. Spróbujmy zatem być bardziej uważni i mniej roztargnieni wobec cudu samego życia, które jest naszym udziałem; wobec niespodzianek, które niesie codzienność. Odkrywajmy ślady Boga w najbardziej powszechnych sprawach. Zachowujmy dziękczynne nastawienie wszędzie, gdzie się da, a wtedy nasze życie staniem się wielkim, i ustawicznym wspominaniem dzieł Pańskich. „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” napomina Paweł Apostoł (por. 1 Kor 4,7).

I jeszcze jedno. Za coś, co się należy, nikt nie dziękuje. Samarytanin uwolniony z trądu zrozumiał, że zbawienie zawdzięcza Jezusowi, nie sobie, i z radością godzi się być zależnym od tego decydującego daru: to właśnie znaczy „być zbawionym”. Warto skorzystać z jego przykładu… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

Następny >>>