XXIV Niedziela
Zwykła (C)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-c

[Łk 15,11-32]

Ojciec z dzisiejszej przypowieści – przyznajmy to szczerze – nie ułatwia nam zadania, bo czy naprawdę jesteśmy w stanie zaakceptować jego zachowanie w związku z powrotem do domu syna marnotrawnego? Jesteśmy gotowi zaakceptować jego gesty i decyzje? Jesteśmy skłonni wziąć udział w zabawie, która się szykuje? Pytania niezwykle trudne, ale konieczne, one bowiem dają nam szansę pomiaru otwartości naszego serca, a w konsekwencji – upewnienia się czy nie gorszy nas wspaniałomyślność Boga, bo pamiętamy przecież, że w obrazie ojca z przypowieści ukazane jest działanie samego Boga.

W gruncie rzeczy sprawa rozbija się o nasze pojęcie sprawiedliwości i sposoby jej realizowania. Kto należy do osób „w porządku”, kto samego siebie ocenia jako sprawiedliwego, łatwo zgodzi się na obraz Boga sprawiedliwego. Tymczasem słowo Boże wskazuje nam wyraźnie na jeszcze jeden element Bożego postępowania: miłosierdzie, ponieważ poznaliśmy i uwierzyliśmy „miłości, jaką Bóg ma ku nam” (1J 4,16).

Jakoś tak się dziwnie składa, że pozwalamy Bogu na dwa zachowania: może nagradzać za dobro i karać za zło. On tymczasem – łamiąc nasze pewniki – pozwala sobie na luksus przebaczania. Czy jesteśmy w stanie zaakceptować Jego decyzje? Czy jesteśmy gotowi uznać Boga, który jest tak szalenie zakochany w człowieku, że decyduje się nieustannie mu przebaczać? Dylemat: sprawiedliwość czy miłosierdzie jest z gruntu fałszywy, i zupełnie niepotrzebny. Bóg musi być sprawiedliwy, ponieważ nie może się zaprzeć samego siebie: stąd oczekiwania sprawiedliwości muszą być spełnione. Grzech wymaga kary. Na nasze szczęście jednak tę karę i skutki z tego wynikające przyjął na siebie… w nasze miejsce… umiłowany Syn Boga Jezus Chrystus. To dzięki Niemu możemy wejść w obszar oddziaływania miłosierdzia!!!

Kiedy wreszcie zrozumiemy, że miłość Boga jest miłością darmową, a zatem nie mamy żadnych możliwości, żeby na nią zasłużyć; co najwyżej – możemy ją przyjmować i z wdzięczności za doświadczone dobro, obdarowywać nią innych. Bóg w swojej miłości nie opiera się na naszych wysiłkach, planach, przyrzeczeniach… Ważne jest tylko to, byśmy powracali do wspólnoty z Nim!

Nie powinniśmy dzisiaj kłaść nacisku na brzydotę grzechu (w to niewielu z nas wierzy), ile raczej pokazywać naszym życiem piękno życia zgodnego z myślą Bożą. Udowadniać poprzez fakty, zachowanie, że więcej jest radości w czynieniu dobra, niż w popełnianiu grzechu; że więcej radości przynoszą błogosławieństwa Jezusa, niż te, które głosi i kocha świat; że lepiej jest dawać, niż brać, że istnieją lepsze wartości, niż pieniądz, władza, dobrobyt, pożądanie, ambicja, kariera… Jeśli nasze wychowanie religijne pozostanie wyłącznie na poziomie obowiązku, tradycji, dobrego taktu, być może zrodzi to „praktykujących” katolików, ale nigdy prawdziwe dzieci, nigdy prawdziwych chrześcijan, nigdy ludzi zakochanych w Bogu. Kto pozostaje w domu, ale bez miłości – jest mimo wszystko… dezerterem.

W dzisiejszej przypowieści nie ma żadnego idealizowania grzesznika: młodszy syn nie jest modelem nawrócenia. Podobnie nie jest wzorem poprawności starszy z braci: jego ubolewanie zdradza kompleks niższości w stosunku do… grzechu! W głębi serca był przekonany, że jego młodszy brat – grzesząc – był szczęśliwy. Nie rozumiał, że szczęścia nie da się wydusić ze stworzeń, że namiastki ziemskie w końcu pozostawiają jedynie głód i pragnienie. Wielu z nas, podobnie jak starszy z synów, unika grzechu nie dlatego, że obawia się zniszczyć obraz Boży, który w sobie mamy, lecz tylko dlatego, że boimy się splamić nasze „porządne” sumienie… To stanowczo za mało.

Każdy z nas, chce czy nie, znajduje się po stronie któregoś z braci: od tej przypowieści uciec się nie da. Możemy odejść lub pozostać z domu Ojca. Jeśli jednak nie rozpoznamy miłości Ojca, i w jednym i w drugim przypadku narażamy się na to samo niebezpieczeństwo: tutaj bowiem tkwi źródło faryzeizmu, czyli oceniania drugiego miarą własną, a nie Bożą, a przecież tylko On zna serce człowieka. Tylko Ojciec może wypełnić lukę, która pojawia się pomiędzy Nim i synami. Zauważmy, że zachowuje się wobec każdego z nich w ten sam sposób: wychodzi ku nim jako pierwszy.

Tekst dzisiejszej Ewangelii jest niezwykle ważny dla nas tak w sytuacji syna marnotrawnego, jak i starszego. Podstawowy problem nie dotyczy jednak tego, co robimy, ani jak daleko czy blisko odeszliśmy od Ojca: polega na tym czy znamy Jego Ojcowskie serce, czy znamy Jego Miłosierdzie?!

Powinniśmy wreszcie zrozumieć, że Bóg wychodzi nam naprzeciw w każdej sytuacji, zawsze jako pierwszy, dokładnie tak jak to uczynił ojciec z przypowieści: podchodzi do nas, aby nas z sobą pogodzić, pojednać, aby nas przytulić do swego serca. A my musimy Mu na to jedynie… pozwolić! Czegóż potrzeba więcej, by się nawrócić?

Panie, przebacz mi, że powracałem… bez miłości i pozostawałem Ci wierny… bez miłości. Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

Następny >>>