XVIII Niedziela
Zwykła (A)

zonedifedehomilie

Mt 17,1-8: Przemienienie Jezusa

Czy trzej apostołowie, o których mowa w dzisiejszej Ewangelii byli „szczęściarzami”? Czy zasłużyli czymś szczególnym na wyróżnienie, jakie stało się ich udziałem?

Piotr chciał zostać „prawą ręką” Mesjasza, ale doszedł do tej pozycji poprzez serię upokorzeń. Jakub i Jan o mało co nie zostali terrorystami… Tak więc i ty nie wykluczaj się z liczby zaproszonych: w oso­bach uczniów pełnych ludzkich małości i słabości wszyscy jesteśmy zaproszeni do wejścia na świętą górę prze­miany.

„Zbudujmy szałas…”. Piotrowa gościnność przewyższyła niewspółmiernie jego autorytet; ta góra nie należała przecież do niego. Jego słowa wyrażają pragnienie trwania w radosnych i przyjemnych chwilach. Gdy modlitwa kontemplacyjna staje się pocieszająca, pełna pokoju, przynosząca olśnienie i wypełniona szczęściem, fałszywe „ja” szybko identyfikuje się z tą pomyślną sytuacją i chce, by trwała ona bez końca.

Warto więc pamiętać, że Boża energia jest zawsze jednakowo obecna, także wówczas gdy nie jest zauważana (jak w codziennym życiu Jezusa). Kiedy hojna dobroć Boża wytryska i promienieje na kilka chwil, godzin czy dni, nie oznacza to, że takie pocieszenie jest wszystkim. To, co czujemy, jest nierzadko naszą interpretacją, a nie istotą tajemnicy, w kręgu której przychodzi nam się obracać. Przecież my zawsze – a nie tylko pozwalać naszemu fałszywemu „ja” chwytać się zbytnio tego emocjonalnego momentu… Trzeba i nam powrócić do szarych wydarzeń codzienności i do zwyczajnej modlitwy, która – niezależnie od metod – jest zwykle nieporadna.

Włączajmy się w Boską energię dzięki naszej zgodzie, a nie przez uczucia czy doznania; ona jest w pełni dostępna cały czas, pod jednym warunkiem: naszej wiary. Z tej wiary przyjdzie moc, by powierzyć się dziełu przemienienia.

Apostołowie zapadli w głęboki sen. Był to odpoczynek pochodzący z zapomnienia o sobie, oznaczający, że odstawili oni na bok swe zmysły, doznania i nawet, przynajmniej na chwilę, swe fałszywe „ja”… Taki głęboki odpoczynek wiąże nas z Bogiem i przygotowuje nas na Boski przekaz, który nas przemienia.

Gdy leżeli jeszcze na ziemi, podszedł do nich Jezus i dotknął ich, rozwiewając ich lęk. Łączność z Bogiem charakteryzuje się na początku pewną atmosferą przerażenia, zaraz jednak potem – uspakaja i pociesza. Tak pokrzepieni… powrócili do normalnego życia. Gdy obecność Boża raz stała się częścią ich zwyczajnej rzeczywistości, teraz mają możliwość odnajdywania Boga we wszystkim.

„Na szczycie tego spotkania traci krzyż swój groźny cień i przemienia się w promieniującą chwałę. Jezus wie, że jest w drodze do Ojca i do siebie samego”… Dla Niego przestaje krzyż być tylko przypadkiem, zagadką lub fatum; dla Niego w krzyżu rozbłyska wola Ojca.

Jan Paweł II nazwał tajemnicę przemienienia Pańskiego „ikoną chrześcijańskiej kontemplacji” (RVM 9): „Utkwić wzrok w Chrystusowym obliczu, rozpoznać Jego tajemnicę w zwyczajnej, bolesnej drodze Jego człowieczeństwa, aż ujrzy się Boski blask, objawiony statecznie w Zmartwychwstałym, zasiadającym w chwale po prawicy Ojca, to zadanie każdego ucznia Chrystusa…”.

Jak każda z Chrystusowych tajemnic ma ona niejako dwie strony medalu: jasną i ciemną, krzyż i chwałę, uniżenie i wywyższenie, słabość i moc, przegraną i zwycięstwo. Wysiłek Jezusa zmierzał ku temu, by Apostołowie zdolni byli zaakceptować ten trudny, ale konieczny i nieodwołalny moment przejścia do chwały poprzez krzyż. Nam również trudno przychodzi przyjąć pewne Jezusowe rozwiązania. Owszem, zgadzamy się na ostatni, docelowy etap, ale nie chcemy podjąć drogi, którą należy pokonać, by tam dotrzeć… Zawsze mamy lepsze rozwiązania niż Bóg. Doświadczenie życiowe uczy jednak, że nie da się wybrać tylko jednej strony medalu. Jest zatem sporo racji w stwierdzeniu, że życie ludzkie podobne jest do obrazów Rembrandta: jest pełne kontrastów. Zbyt wiele w nim cienia, by można było zapomnieć o grzechu pierworodnym, który pomieszał plany Pana Boga. I zbyt wiele światła, by można było wątpić w Boga i Jego miłość do ludzi.

Punktem kulminacyjnym dzisiejszej sceny nie jest świetlista postać Jezusa, lecz… głos, który się wówczas rozległ: „Ten jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie”. Prawdziwy uczeń Chrystusa to nie człowiek wizji, tylko osoba o wyczulonym słuchu! Na głos Pana, oczywiście! Słucha nie po to, by wiedzieć, lecz aby być posłusznym Bożemu wezwaniu. [A my tak często się modlimy, by to Pan Bóg nas słuchał; wygląda na to, że powinno być odwrotnie!].

Jakże uparcie niekiedy szukamy Boga gdzieś poza nami, gdy tymczasem On jest obecny w naszym życiu. Wytężamy wzrok, by Go dostrzec gdzieś daleko, On tymczasem przechodzi tuż obok. Spoglądamy z uporem w niebo, tymczasem nasze drogi krzyżują się u zbiegu ulic. Warto sobie nieustannie przypomi­nać, że Jezus nie opuścił nas w chwili Wniebowstąpienia; nie należy mylić odejścia ze zniknięciem. Pierwsze z nich zakłada nieobecność, drugie – powoduje jedynie obecność ukrytą. Jezus zatem nie odszedł od nas, a jedynie ukrył się, zmienił swój sposób bycia z nami, przywdział strój codzienności… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>