XVII Niedziela
Zwykła (B)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-b

J 6,1-15

Motywem działania wspólnoty wierzących w Chrystusa winno być zachowanie godne powołania, jakim zostali wezwani (por. II czytanie), a to skłania do zmiany nurtującego nas nierzadko zasadniczego pytania: „kim jesteśmy?” – istotne jest bowiem przede wszystkim „kim jesteśmy i co mamy czynić na rzecz innych?”.
Taka zamiana staje się możliwa dopiero wówczas, gdy przestaniemy być nadmiernie zatroskani jedynie o „nasze” sprawy, prawa, pewności, prestiż, przywileje, itp. Kościół jest w pełni sobą, odnajduje własną tożsamość, w mierze, w jakiej „jego sprawą” stają się „sprawy innych”: czyli – używając sformułowania ewangelicznego – tylko Kościół, który potrafi „tracić”, naprawdę „zyskuje”… Oczywiście na planie zbawienia, ale przecież to w służbie na rzecz zbawienia odnajdujemy jego zasadniczy sens istnienia.

Odnoszę wrażenie, że w ewangelicznym obrazie proponowanym na najbliższą niedzielę ukryty jest prowokacyjny, ale z pewnością prawdziwy obraz Kościoła: ubogi, słaby w oczach świata, pomijany w życiu społecznym, spychany na margines, zbudowany z ludzi „którzy się nie liczą” (i to pod wieloma względami). Ale to właśnie taki ubogi, pokorny, „bez znaczenia” Kościół, jest w stanie służyć światu (i Chrystusowi). Istotne jest, aby to jego „nic”, stało się „wszystkim”, co może ofiarować, co oddaje do dyspozycji ludzi.
Jeśli to rozumowanie ma sens, to skłania nas ono również do zweryfikowania naszego pojmowania wiary: mieć wiarę oznacza nie tyle wierzyć w cuda, ile w to, że Chrystus, aby dokonać cudu, potrzebuje naszego „nic” oddanego absolutnie do Jego dyspozycji; oznacza nie tyle nakłanianie Go, by zamienił kamienie w chleb (taka pokusa została przez Jezusa odrzucona już na początku Jego misji), lecz zgodę na to, by to On przemienił nasze „kamienne” serca w serca „z ciała”, czyli takie, które będą w stanie zaakceptować logikę Ewangelii, zgodnie z którą Bóg nie oczekuje wiele, a jedynie… wszystkiego!

Zanim Jezus zdecydował się na cud, dokonał swoistego przeglądu sytuacji, zorientował się, co jest w zasięgu ręki, co jest do dyspozycji. My na ogół nie jesteśmy skłonni dokonywać takiego rozeznania i dlatego tak trudno nam dostrzec to, co faktycznie… posiadamy. Gotowi jesteśmy wynajdywać tysiące argumentów, by tylko udowodnić sobie (i innym), że to co mamy, to naprawdę niewiele, że to nie warte, że nawet dla nas samych nie wystarcza. W rezultacie odrzucamy ewangeliczną logikę, według której dar nie powoduje zubożenia lecz… nadmiar!

Cechą wiary chrześcijańskiej nie jest wyznawanie niemożności, lecz odwaga zapewnienia tego, co konieczne przy użyciu tego, co – według logiki ludzkiej – jest niewystarczające. Ewangelia nie pozostawia nam w tym względzie złudzeń: prawdziwą siłą umożliwiającą dokonanie przez Boga cudów jest… ubóstwo i służba. Z chwilą, gdy wspólnota wierzących spogląda w kierunku „jednego Ojca wszystkich”, musi opuścić swoje „wieczerniki” i stawić czoła problemom świata, potrzebom innych. Chrześcijanin nie może zadowolić się tym, iż pozwala, aby z jego stołu spadały okruszyny… Resztki – jeśli już – zbierane są na końcu, a nie na początku uczty! Troska o ubogich i zgłodniałych nie może być zatem dodatkiem do uczty eucharystycznej; ona jest jej częścią najbardziej istotną, niemalże stanowiącą o jej istocie (nie na planie sakramentalnym oczywiście, ale z pewnością na poziomie życiowym).

Chrystus nie zamierzał rozwiązywać problemów ekonomicznych w sposób cudowny. Wiedział doskonale, że chleb nabiera właściwej sobie wartości dopiero wówczas, gdy nosi na sobie znak fabryczny, tzn. krople ludzkiego potu. Ten chleb musi być ponadto dzielony! Innymi słowy: powinien być wolny od skąpstwa, od zawłaszczenia, od jakichkolwiek nadużyć… bo tylko wówczas będzie znakiem i gestem prawdziwego braterstwa. Chleb, który jest „mój”, w geście dzielenia się z innymi staje się chlebem „naszym”. O tej zamianie „moje” na „nasze” nie należy nigdy zapominać. Ktoś bardzo dosadnie i niezwykle trafnie stwierdził: „Ilekroć odrzucam dzielenie się chlebem, usuwam obecność Ojca z ziemi”. Uwaga jednak: poprzez samo dzielenie (wbrew pozorom i nawet najlepszym  intencjom) nie dosięgam bliźniego; aby to uczynić powinienem wraz z chlebem rozdawać… siebie samego. Chrystus potrzebuje ludzi, którzy bardziej niż kieszenie, portfele czy konta w bankach otworzą… swoje serca.

Jezus pytał apostoła Filipa: „Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?”, ale – jak to zaznacza Ewangelista – „mówił to wystawiając go na próbę”. Należy poprawnie zrozumieć sens tego stwierdzenia. Bóg nie potrzebuje oczywiście prób, zna bowiem doskonale ludzkie serce. To my nie znamy własnego serca: dlatego dopiero wobec konkretnych wyzwań nasza wiara jest doświadczana, a my zaczynamy poznawać samych siebie. Chodzi zatem o nieustający proces naszego… dojrzewania.
Inny z apostołów, Andrzej, zauważa: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?”. W jego słowach zdaje się przebijać jakaś nutka nadziei. I właśnie w oparciu o ten nikły płomyk nadziei i owo niewiele dostarczone przez nieznanego z imienia chłopca Jezus dokonuje cudu przejścia: z braku do nadmiaru (oto prawdziwa Pascha!). Ewangelista Jan nieprzypadkowo kładzie szczególny nacisk na fakt nadmiaru: a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jedli, ile chcieli, a resztkami (lepiej przetłumaczyć: tym, co było w nadmiarze!) napełniono dwanaście koszy.

Niewiele, które posiadamy, w zjednoczeniu z nawet niepewną, ale jednak nadzieją pokładaną w Panu, stawiają Boga niejako w sytuacji „przymusu” dokonywania tego, co po ludzku niemożliwe. Wtedy właśnie rodzi się prawdziwe życie, o czym Jezus sam nas zapewniał: „Przyszedłem po to, by mieli życie i mieli je w obfitości”… Czyli w… nadmiarze! Nie marnujmy tej szansy! Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>