XVI Niedziela
Zwykła (A)

zonedifedehomilie

[Mt 13,24-43]

Przypowieść z dzisiejszej Ewangelii oparta jest na kontrastach: między osobami, ich gestami, mentalnością, czasem. Tło akcji natomiast pozostaje to samo: jest nim pole. Gospodarz sieje ziarno, jego nieprzyjaciel – kąkol. Nieprzyjaciel działa w ukryciu, znienacka, w ciemnościach; dokonuje złego czynu i znika. Właściciel postępuje inaczej: jest obecny ciągle, nie pozostawia swego dzieła na pastwę losu, nie pozwala się jednak ogarnąć zniecierpliwieniu, ma czas. Z pewnością widok chwastów nie napawa go radością, wprost przeciwnie, ale powstrzymuje gorliwość swoich pracowników w jego natychmiastowym wyplenieniu. Widzą to ich niebywałe wprost zatroskanie można by się zapytać, gdzie byli wówczas, gdy działał wróg? Spali? Mieli ważniejsze zajęcia? No właśnie… Zawsze łatwiej zdać sobie sprawę z istniejącego zła, niż mu przeciwdziałać; łatwiej oskarżać i potępiać, niż dawać świadectwo; łatwiej protestować, niż zadziałać samemu z korzystnym wyprzedzeniem. Tak czy inaczej: moment ‘rozliczenia’ ustala Gospodarz, i ustala go na czas żniwa.

Określenie ‘chwast’ ma w j. hebrajskim ten sam źródłosłów co termin ‘szatan’ i kryje w sobie ideę rozdziału. Może warto zwrócić na to uwagę, gdy ogarnia nas pokusa szybkiego działania i ustalania radykalnych granic: po tej stronie dobrzy, po tamtej źli; po tej prawda, po tamtej fałsz. Przypowieść dzisiejsza stanowi najbardziej zdecydowanie odkłamanie wszelkiego rodzaju integryzmów, nietolerancji, apokalips, inkwizycji itp. Chcieć ‘wyrwać zdecydowanie’ oznacza często ‘wyrwać dobro’ lub przynajmniej zniszczyć możliwość jego zaistnienia.

Tak łatwo ogłaszamy, że należy nienawidzić grzechu i kochać grzesznika… Zastosowanie tego w konkrecie jest trudniejsze od deklaracji. Dzieje się tak, ponieważ dochodzi do głosu ukryta w nas hipokryzja: pod pretekstem uderzenia w zło, jedynie… zrzucamy z siebie to, co niepokoi, zagraża naszym ambicjom, chwieje nasze trony i nasze pozycje. Jednym z większych skandali (także wśród nas chrześcijan) jest przekonanie, że dla zaprezentowania własnych zasług wystarczy wskazać winę po stronie innych. Ulegamy złudzeniu, że jesteśmy wierni, ponieważ udaje nam się wyśledzić niepoprawności innych. Po pretekstem walki ze złem, walczymy ze wszystkimi wokół, aby ustalić tu i teraz widzialne granice. Wniosek jest zaskakujący: rzeczywistymi ‘działaczami nieprawości’ są ci, którzy zamiast pokorne angażować się w praktykowanie Ewangelii, przywłaszczają sobie rolę Boga, jedynie Jemu należną.

Nikomu z nas nie wolno wyprzedzać ‘chwili ostatecznej’ ustalonej przez Boga, który „troszczy się o wszystko, co żyje”. Tym, który wówczas będzie sądzić jest Jezus, czyli Ten, który nie tylko zasiał dobre ziarno, ale i oddał swoje życie za nas. Można w tym fakcie dopatrzeć się kolejnej zaskakującej ewangelicznej prawdy: dopóki nie oddasz życia za drugiego, nie masz prawa go osądzać.

Obecność zła w świecie nie stanowi czegoś wyjątkowego, jest normą, tak w świecie, jak i w Kościele (jest święty, ale ‘składa się’ z grzeszników). Jako ludzie, nie mamy i nigdy nie będziemy mieli odpowiedniej miary, by ocenić naszych bliźnich. Bóg strzeże tej miary bardzo zazdrośnie. Zło i dobro nie zajmują terenów dokładnie określonych. Linia graniczna między nimi – o czym bardzo często zapominamy – nie przechodzi miedzy osobami czy grupami, ale poprzez… serce człowieka! W każdym z nas tkwi możliwość zła, zdrady, odejścia, ucieczki; czasami brak jedynie okazji (na czym zatem polega nasza ‘lepszość’ w stosunku do tych, którym nie starczyło siły, którzy się pogubili…). Jeśli z uporem maniaka będziemy szukać zła jedynie w innych, możemy przeoczyć grzech, który nam osobiście zagraża; skutki takie przeoczenia mogą się okazać dla nas… opłakane. Aby uniknąć takiego nieporozumienia musimy nie tylko nauczyć się czasu Boga, ale także i Jego spojrzenia. Jednym z najprostszych i najskuteczniejszych sposobów, by nie stać się wspólnikiem zła jest… czynienie dobra!  Choćby trochę, choćby odrobinę… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>