XIII Niedziela
zwykła (A)

zonedifedehomilie

[Mt 10,37-42]

Ewangelia przewidziana na najbliższą niedzielę to ciąg dalszy (a dokładniej ostatnia część) tzw. mowy misyjnej, która zawiera wskazania jak realizować głoszenie Dobrej Nowiny, tak aby misja samego Jezusa mogła być nadal kontynuowana. Dzisiejszy tekst, nie mamy co ukrywać, zaskakuje, niemalże bulwersuje… Oto Bóg, który chce być kochany bardziej od ojca czy matki, córek czy synów, który wydaje się stawać w opozycji do praw rządzących sercem ludzkim.

Możemy się domyślić, że znaczenie tekstu nie jest tak oczywiste, jak się wydaje w pierwszym momencie, że tekst kryje z pewnością jakieś głębsze przesłanie, że wymaga otwartości z naszej strony i gotowości do podważenia przekonań, które w sobie mamy, a których wolimy nie dotykać, bo raz uporządkowane – utrwalają nasz komfort duchowy i pozwalają spać spokojnie. Jednak wiara, by była autentyczna, musi być prowokująca, musi wysuwać niewygodne propozycje, musi nakłaniać do zmiany postawy na bardziej Bożą, musi przypominać o konieczności nawrócenia…  Musi iść pod prąd i wykraczać poza logikę ludzką, choć wydaje się poprawna i całkiem wystarczająca.

 

Jezus nie przyszedł, by zniszczyć święte więzi łączące ze sobą członków rodziny, ani tym bardziej, by nastawiać jednych członków przeciwko drugim. Misjonarze zostali posłani, by nieść pokój do domów, do których On sam zamierzał dotrzeć (10,12-13), nie mógłby zatem wzywać ich, by we własnych domach wprowadzali niepokój i prowokowali do wojny.

Już wcześniej ewangelista nadmieniał o możliwych rozdarciach i wzajemnych oskarżeniach wśród najbliższych; teraz do tego nawiązuje, tyle że z punktu widzenia tego, kto takich cierpień doświadczył. Prawda jest nieco zaskakująca: uczeń Chrystusa może spotkać się z całkowitym odizolowaniem i osamotnieniem, może doświadczyć odrzucenia nawet ze strony najbliższych. W momencie jednak, gdy stajemy przed najwyższą próbą – męczeństwem – nie można pozwolić, by zwyciężyły uczucia litości dzieci względem rodziców, i odwrotnie. Tu nie chodzi o pomiar owych uczuć, lecz o możliwość… zdrady Jezusa: konsekwencje takiego czynu są przejrzyste i dalekosiężne: „kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”.

 

Pojawia się też myśl o krzyżu, o braniu go na siebie… To jedno z najczęściej cytowanych zdań Ewangelii. Można odnieść wrażenie, że krzyż to ozdoba, maskotka, talizman, wisiorek, które zakłada się przy różnych okazjach… Tymczasem znak, by był autentyczny, powinien wyrażać rzeczywistą przynależność do Jezusa i Jego wartości…

Słuchacze Jezusa wielokrotnie byli świadkami krzyżowania ludzi… W świetle ich doświadczeń łatwiej im było pojąć, że chrześcijanin, uczeń Jezusa, to ktoś… skazany na mentalność ludzi tego świata, obiekt kpin, ironii, żartów, obelg, postrzegany jako niebezpieczny dla otoczenia, odrzucony, poniewierany… Czy mamy odwagę dostrzec siebie w takim gronie?

Pamiętajmy, że Jezus nie przeszkadza mi na mojej drodze. Nie żąda, bym się na niej nie zatrzymywał… prosi jedynie, ufnie i cierpliwie, bym nie stchórzył, bym pokonał ją z krzyżem! A wówczas, razem z Nim, będzie to droga prowadząca ku zmartwychwstaniu! Uwaga jednak: Kiedy w chrześcijaństwie mówi się o krzyżu, nie powinniśmy natychmiast czy wyłącznie myśleć o próbie czy cierpieniu. Nie wystarczy, aby jakaś okoliczność, jakieś wydarzenie w naszym życiu okazały się bolesne, by uznać je automatycznie za doświadczenie krzyża. ‘Krzyżem’ jest próba czy cierpienie, których w pewnym momencie już się dłużej nie boimy, nie znosimy ich na sposób stoików, lecz przyjmujemy i obejmujemy, bo w nich właśnie odkrywamy nowe możliwości, nową obecność, tę Boga-Emmanuela czyli Boga-wśród-nas. Cierpienie i próba stają się zatem ‘krzyżem’ tylko w momencie, w którym zaczynamy iść za Chrystusem…

Żeby zaszła zmiana mentalności nie wystarczy tylko siła woli, lecz potrzebne jest wewnętrzne uzdrowienie, nawrócenie, czyli… śmierć i zmartwychwstanie!

 

Jest też dzisiaj wzmianka o kubku świeżej wody… Dlaczego Jezus uściśla, że chodzi tu o kubek świeżej wody? Dla kogoś, kto jest spragniony – czyż nie wystarczyłaby zwykła woda? Choćby nawet ciepła i ofiarowana bez zbytniego przekonania? Nawet bez spojrzenia w oczy potrzebującemu? Mimo tych braków przecież akcja ofiarowania została zrealizowana? A może wystarczyłoby wskazać drogę do najbliższego kranu czy studni?
Wyraźnie odczuwamy, że Jezusowi takie podejście nie wystarcza! On zwraca uwagę na sposób naszego ofiarowywania, bo sposób w jaki coś czynimy zmienia wszystko! Dać i koniec! … nie wystarcza. Jezus zdaje się nas przekonywać: zwykła ofiara, czyn miłosierdzia jakbyśmy to określili dzisiaj, nie jest rozwiązaniem skutecznym. Ograniczenie się do samej czystej akcji nie zmieni nas, ani świata wokół nas. Dlatego proponuje nam działanie z troską, działanie piękne, działanie w dobrym stylu… Nie makijaż, nie ozdoba, nie uprzejmość, lecz… piękno! Styl!

Czynność ofiarowania wody zawiera dwa elementy: kubek i świeżą wodę. To one razem wzięte sprawiają, że ta zwyczajna czynność staje się czymś więcej, niż tylko dobrym gestem. Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>