Uroczystość
Wszystkich Świętych

zonedifedehomilie

wszyscy-swieci

Cichy, czyli święty! 

Dzisiaj mamy uroczystość anonimowych świętych, o których nie wspominają oficjalne wykazy, czyli takich, którzy mają swoje określone miejsce w kalendarzu kościelnym. To świę­to codzienności. Chodzi po prostu o tych z pośród nas , którzy zyskali świętość nie dzięki jakimś nadzwyczajnym czynom, lecz realizowali nurt cichej i codziennej wierności Ewangelii.

Na czym zatem polega świętość? Warto o to spytać, skoro jest ona przepustką do chwały nieba… Z pomocą przychodzi nam tekst Ewangelii na uroczystość Wszystkich Świętych, zawierający treści tzw. „Kazania na Górze”. Jedną z cech, które wśród wielu pozostałych rzucają się w oczy, jest… cichość: nad nią chce się dzisiaj nieco dłużej zatrzymać.

Święci to ludzie cisi. Szkoda, że tak niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że nie istnieje łagodność… bez siły. Nawet bezbronna, jest zawsze wielką siłą. Zauważmy, że Chrystus nie przyszedł gloryfikować banalności, bezmyślności, zniewieściałości, bylejakości… Chrześcijaństwo nie pozbawia człowieka wigoru, nie nakłada na niego kompleksu „wiecznego przegranego”. W końcu to gwałtownicy wdzierają się do królestwa niebieskiego, nie może być zatem mowy o jakiejkolwiek bierności. Tego rodzaju fałszywe sugestie biorą się stąd, że dominująca dziś mentalność niechętnie dopuszcza do głosu uczucia związane z umiarkowaniem, opanowaniem siebie, milczeniem, dobrodusznością. Nie pasują one do narzucanego modelu tzw. „postępowego człowieka”. Chrześcijanin jednak,. Nawet w takiej sytuacji, nie wątpi, że racja jest po stronie jego Mistrza: „Uczcie się ode Mnie… Jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11.29).

Cała Ewangelia (mimo niekiedy ostrych i mocnych słów) przesiąknięta jest słodyczą Jezusa. Nie jest to jednak oznaka słabości, a jedynie… bezbronnej miłości! Ten punkt wyjścia w działaniu Boga nakreśla określone, konkretne konsekwencje: Jego Syn przychodzi do nas jako Dziecię, jak żebrak proponujący wspólnotę życia. Nawołuje, pobudza, zaprasza, ale nigdy… nie zmusza. Puka wytrwale, ale drzwi nie wyważa. Odrzucony – odchodzi. „Jeśli chcesz…” – oto Jego normalny język, którym zwraca się do każdego człowieka.

Nierzadko doświadczamy złości, twardości, przemocy… i dlatego tak trudno nam dostrzec siłę, która tkwi w słodyczy. Tymczasem, jednym z przejawów prawdziwej mocy człowieka jest zdolność pozostania sobą samym, zachowania spokoju i wolności pomimo prowokujących zachowań innych. Warto zatem być mocnym dla siebie, a nie dla… publiczności! Taki rodzaj cichości nie ma nic wspólnego ze słabością, choć próbuje się nam to bardzo często wmówić.

Ludzie cisi i pokornego serca nie są mile postrzegani przez „jedynie poprawnie myślących i będących przy głosie”. Nietrudno się temu dziwić: stanowią dla nich naturalny wyrzut sumienia, a w konsekwencji – także potępienia: człowiek, który odrzuca świadomie i dobrowolnie Miłość, sam siebie skazuje na zagładę.
Ludzie cisi są wolni od wszystkiego, co nie stanowi prawdziwej wartości. Wielu sięga po przemoc, gdyż zatrzymuje się na rzeczach marginalnych. Kwestią pozostaje zatem poprawny wybór tego, co jest rzeczywistą wartością!

Święci, dzisiejsi bohaterowie, w tym względzie nie popełniali pomyłek… I pozostają dla nas „namacalnym dowodem”, że świętość jest dla każdego… Warto spróbować…

 

Pozwólcie jeszcze na małe dopowiedzenie…

Świat nie potrzebuje ani bigotów, ani świętoszków, ani wyrafinowanych intelektualistów, lecz Bożych szaleńców zdolnych do wszystkiego, zaskakujących wyobraźnią, przesiąkniętych prawdziwą wolnością dzieci Bożych, zakochanych po uszy w Panu Bogu. Jeśli nie wejdziemy na taką drogę Jezusowe „Kazanie na Górze” pozostanie pięknym, ale wyłącznie… muzealnym zabytkiem.
Wydaje mi się, że nasze dzisiejsze chrześcijaństwo zbyt często obciążone jest chorobliwą powagą, ułożonością, wyniosłością… Sprawiamy wrażenie, że zapomnieliśmy, iż Chrystus nie kazał nam być stróżami mumii, lecz… solą! A sól pali, oczyszcza… Jeśli nie staniemy się jako dzieci…; jeśli nie będziemy mieć w sobie soli…; jeśli nie potrafimy uchronić w sobie światła…, nigdy nie doświadczymy radości przepełniającej całe orędzie Chrystusa, nie będziemy w stanie rozszerzać Dobrej Nowiny w świecie.
Jezus jest naszym zbawieniem, naszym wyzwoleniem, naszą otwartością, nie zaś… zakłopotaniem, troską jedynie o to, by być w porządku, by czuć się dobrze, by nie móc sobie niczego zarzucić, ani by inni tego nie mogli nam uczynić.
Wiara ma stanowić siłę przetwarzającą nasze życie. Kościół (czyli my!) nie może zadowolić się wejściem na scenę świata dopiero wówczas, gdy inne siły wycisnęły już swój znak na życiu świata. Doświadczenie wykazuje tymczasem, że często spychani jesteśmy do roli obserwatorów, a częściej jeszcze… sami taką rolę wybieramy utrzymując przy tym, że taka jest właśnie wola Boża! Jesteśmy gotowi, nierzadko z Ewangelią w ręku, prowadzić niekończące się dyskusje, toczyć spory, tłumaczyć się ze wszystkiego i przed wszystkimi, gdy tymczasem ta właśnie Księga skłania nas, byśmy innych… wyprzedzali na życiowych drogach! Czyli byśmy byli… ŚWIĘTYMI! A to oznacza, że musimy w pewien sposób stać się niebezpieczni: niebezpieczni dla… fałszywej pewności, obojętności, samowystarczalności, nierozsądnych kompromisów, zbyt popularnych układów… Powinniśmy wystrzegać się takich sytuacji, w których staniemy się ewangelicznie nieszkodliwi, gdyż taka nieszkodliwość stanowi wielką krzywdę, którą wyrządzamy światu! Obojętność wobec współczesności jest jednym z grzechów, które obciążają nasze chrześcijańskie sumienia najbardziej.
Wielu z nas łudzi się posiadaniem Boga poprzez idee i w konsekwencji łudzi się możliwością przekazywania Go innym również poprzez idee: tak myśląc i czyniąc krążymy jedynie bez sensu wokół wyblakłego i nieszkodliwego obrazu Boga. Trzeba, abyśmy pozwolili się Mu uwieść, rozpalić przez Niego, bo to jedyny sposób, by być zdolnym do zachwycenia wiarą innych. Trzeba zatem, abyśmy potraktowali uczciwie i praktycznie paradoksy ewangelicznej propozycji Jezusa, a nie ograniczali się jedynie do pobożnych wzruszeń i westchnień nad tekstem, który je przekazuje.

Spotkanie z Bogiem zawsze jest niebezpieczne: i dla nas, i dla innych. Przestańmy być banalni, zastraszeni, przewrażliwieni, nad wyraz ostrożni…; przestańmy być jedynie dekoracją świata…; przełamujmy utarte szlaki, wyjdźmy poza oznaczone pola przyzwyczajeń…; tego chce Bóg, tego się po nas spodziewa. Nie po to bowiem za nas umarł, byśmy dzisiaj tylko udawali, że Go kochamy, bo tak wypada, bo tak trzeba, bo taka tradycja, bo jakieś minimum się przecież Mu należy (gdyby się okazało po śmierci, że jednak racja leży po Jego stronie).

Ewangelia jest bardzo przejrzysta: Bóg nie zdobywa nas, gdy wchodzi jedynie do naszego umysłu. Bóg jest pewien, że nas posiadł, kiedy pozwolimy Mu zapanować całkowicie nad naszym sercem. On potrzebuje naszego niecierpliwego miłością serca. Nie każmy Mu zbyt długo czekać… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>