Wniebowzięcie NMP (B)

zonedifedehomilie

Rozpocznę dziś trochę nietypowo, bo od fragmentu pierwszego czytania, zaczerpniętego z Apokalipsy św. Jana Apostoła. Po przeczytaniu tekstu rodzi się dosyć rzeczowe pytanie: Jaki sens może mieć walka wspólnoty wierzących przeciwko smokowi, przeciwko siłom zła, w czasie wakacji, ciągłych wędrówek, imprez, czyli w czasie kiedy przeciętny człowiek myśli przede wszystkim o spokojnym odpoczynku, o relaksie, kiedy pragnie pozostawić za sobą wszelkie problemu i kłopoty?

Jaki sens może mieć obraz kobiety, która ucieka na pustynię, w czasie kiedy plaże wypełnione są ludzkimi ciałami, i to niekiedy tak szczelnie, że nie pozostaje miejsca nawet dla… cienia? Jaki sens może mieć opowiedziana przez św. Pawła historia dwóch Adamów (drugie czytanie)? Przecież dzisiaj są w modzie opowiadania lekkie, przyjemne, rozrywkowe, niezobowiązujące, nie zmuszające do myślenia? Jaki sens ma mówienie o zwycięstwie nad śmiercią i o odnowie wszystkiego w Chrystusie, kiedy tak wielu zwraca się do… wróżek, sięga po horoskopy, zaopatruje się w talizmany aby, dzięki niezawodnym specjalistom od przyszłości, wydobyć jak najwięcej szczęścia już tu na ziemi?

Skąd zatem brać dziś odwagę, by mówić o cudownej pieśni zatytułowanej „Magnificat”, bo może się okazać, że ktoś zapyta… jaki zespół ją wykonuje lub na jakim festiwalu miała miejsce jej premiera…? Chcąc czy nie, należy dzisiaj stawić czoła znakowi ukazanemu nam przez tekst Apokalipsy.

W czytaniach przeznaczonych na uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej dominuje figura arki: to znak przymierza zawartego między Bogiem a jego ludem, czyli znak obecności Boga pośród swego ludu. W tradycji Kościoła Maryja była uważana właśnie za arkę nowego przymierza.  Zwróćmy uwagę, że słowa, którymi Elżbieta powitała Maryję przekraczającą próg jej domu, są tymi samymi, którymi król Dawid witał arkę przymierza przybywająca do Jerozolimy.

Dzisiaj – mimo niekiedy rozbieżnych opinii – nadal jesteśmy świadkami rozkwitu pobożności maryjnej… Trzeba jednak mieć odwagę i zastanowić się czy formy w niej stosowane zgadzają się z przesłaniem Ewangelii, czy przyczyniają się do wzrostu autentycznej wiary wśród ludzi uznających się za uczniów Jej Syna.

Jednym z poważniejszych wykroczeń społecznych jest profanacja piękna. Chcę zatem zwrócić uwagę na kilka elementów ewangelicznej piękności Maryi.

Ewangelia ukazuje nam Maryję jako stworzenie pełne wyciszenia, ukryte. Maryja nie wysuwa się na „pierwszy plan”, nie narzuca swojej obecności. Pozostaje niejako ukryta w swoim Synu, bo to On, odwieczne Słowo Ojca (a jednocześnie Jej Syn!) musi przemawiać, musi być słyszany. W Kanie Galilejskiej tę właśnie prawdę przypomni i wypowie ją niemalże w formie testamentu: „Słuchajcie Go… czyńcie, cokolwiek wam powie!”. Maryja z Nazaretu może nam pomóc w odnalezieniu milczenia, które świat wykrada nam coraz bardziej. Wobec arcydzieła Boga, jakim jest Dziewica Maryja, najsłuszniejszym nastawieniem jest zatem zachwyt, kontemplacja, milczenie.

Maryja ufa słowu Boga. Jest przeciwieństwem Zachariasza, ojca Jana Chrzciciela, który w chwili zwiastowania mu narodzin syna żądał znaku, chciał zobaczyć, dotknąć, skontrolować, uzyskać dowody. Maryja tak nie czyni: od pierwszej chwili jest do dyspozycji, właśnie dlatego, że wierzy, czyli nie odczuwa potrzeby znaków. Jej milczenie – wbrew temu co można by sądzić – wyraża pełnię, nie zaś niemotę (jak to zdarzyło się właśnie Zachariaszowi!).

Pobożność maryjna jest autentyczna wtedy, gdy pomaga zgłębić nam naszą wiarę, medytację, kontemplację, tajemnicę… Pobożność maryjna jest autentyczna wtedy, gdy pozostaje w opozycji do tak modnego dziś rozgadania, rozbiegania, rozkrzyczenia, pustki.

Co z tego wynika? Że także wspólnota Kościoła (której Maryja jest doskonałym wzorem) powinna pozostawać pod jej znakiem. A to znaczy, że Kościół powinien charakteryzować się pokorą, skromnością, służebnością, zdolnością „ukrywania się”, aby mógł rozbłysnąć… Jezus! A Kościół, to przecież my wszyscy wierzący, ja i ty! (nie oni!). Kościół nie musi więc mówić o sobie, nie musi martwić się o to, by ktoś inny mówił o nim. Winien natomiast troszczyć się oto, by mówić… o Bogu!!! Bo kiedy Bóg jest dopuszczony do głosu, wtedy wszystko jest na właściwym miejscu… A poza tym, tylko wówczas człowiek może Go usłyszeć. Jeśli zgasimy wszystkie fałszywe światła, rozbłyśnie to jedno, jedyne, konieczne… Syn Maryi Jezus Chrystus; a to nam zupełnie wystarczy!

A tak na marginesie: widok Maryi wędrującej po górach jest naprawdę fascynujący. Wyraża zdecydowanie, świadomość, odwagę, radość… Maryja niesie w sobie Tajemnicę, która przenika Ją do głębi: wcześniej przeżyła ją w osobistym doświadczeniu w ciszy Nazaretu, teraz pragnie nią się podzielić z innymi. Skoro Bóg Ją nawiedził, odczuwa potrzebę podzielenia się radosną nowiną. Jej wymarsz jest zatem logiczną konsekwencją posłuszeństwa. Dzięki Jej krokom Jezus wędruje po świecie wcześniej zanim się narodzi; dzięki swej Matce, od pierwszych chwil jest tam, gdzie są ludzie potrzebujący. My natomiast, choć nierzadko nie mamy żadnych wątpliwości, co do naszej pobożności, w naszym praktykowaniu chrześcijaństwa przypominamy raczej… średniowieczne zbroje, niż serce Maryi niosącej ludziom Boga. Co więcej, często chcemy, by i inni byli do nas podobni w tym względzie.

Warto zatem dzisiaj szczerze powiedzieć, że pewne zewnętrzne formy tylko z pozoru są oznaką wewnętrznego bogactwa. Sztywność, pozorna poprawność, wymuszona wierność, napuszona poprawność są zazwyczaj przykrywką wewnętrznej pustki. A niekiedy wprost świadczą o nieudolności kroczenia z Jezusem. Musimy nauczyć się ewangelicznego rozróżniania pozoru od przejrzystości, twarzy od maski, osobistości od osoby, zatwardziałości od dyspozycyjności, ociężałości od wewnętrznego bogactwa. Myślę, że nie trzeba przypominać, że tego rodzaju „ewangeliczny remanent ” w każdym przypadku zaczynamy od… siebie!

Rytm ma być znakiem treści i przesłania, które mieści się w naszym wnętrzu: jeśli tego zabraknie – staje się antyświadectwem. Nie łudźmy się wówczas, że kogokolwiek pociągniemy ku Jezusowi, że ktokolwiek dostrzeże piękno chrześcijańskiej drogi i ważność przesłania, którym my żyjemy. Spotkanie z Bogiem – jeśli autentyczne – jest zaskakujące nie tylko dla tego, który mówi Bogu „tak ”, ale i dla tych, którzy do takiej osoby się zbliżają, ponieważ życie odpowiada tylko… życiu.

Ktoś, może z odrobiną przesadnego patosu, nazwał Maryję monstrancją. Zgoda na takie ujęcie, ale pod jednym warunkiem: że będzie to monstrancja wędrująca po ludzkich drogach; monstrancja skracająca dystans między Zbawcą i człowiekiem.

Fakt ten jest szansą do głębszej refleksji: czy my – niekiedy w dobrej wierze – nie uważamy Jezusa za naszą prywatną własność? (Zresztą uczymy się takiego myślenia od wczesnych lat, wystarczy przytoczyć piosenkę, którą dzieci z takim zapałem śpiewają podczas mszy św.: „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, Panie Jezu, nie oddamy Cię nikomu”!) Czy nie traktujemy Zbawiciela, jako kogoś podarowanego nam za nasze zasługi? Czy nie chcemy Go z tego tytułu „uwięzić w tabernakulum”, aby cierpliwie czekał na nas, aż do sytuacji, gdy będziemy potrzebować Jego konkretnej pomocy? On tymczasem pragnie, byśmy Go nieustannie zabierali ze sobą… On tak bardzo kocha drogi, ulice, domy, szkoły, biura, stadiony, dyskoteki, góry, morze…

Nie chciałbym przesadzić, ale gdybyśmy – przynajmniej od czasu do czasu zapytali innych, przede wszystkim tych, których mijamy najczęściej, co w nich powoduje nasza obecność, a potem mieli odwagę tego wysłuchać… Czasami nie wystarczy wiedzieć, co się dzieje w naszym wnętrzu, trzeba to w jakiś sposób zweryfikować, by nie ulec złudzeniom, i w konsekwencji nie zatracić prawdy o sobie… Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>