V Niedziela
Zwykła (B)

zonedifedehomilie

[Marek 1,29-29]

Rozpocznę dziś od Hioba: oto uniwersalny przykład cierpienia; oto człowiek, w życiu którego, w wyniku doznanych cierpień pojawia się niekończąca się litania pytań ‘dlaczego?’…

Hiob otwiera przed Bogiem, bardziej niż przed przyjaciółmi, swoją najboleśniejszą ranę: życie ludzkie, które wydaje się być absurdem, życie pod ciężarem nieuniknionej śmierci, życie naznaczone wielorakimi łańcuchami niewoli, życie, którego pytania tak często pozostają bez odpowiedzi… Hiob ma jednak odwagę zapytać: Czy można nazwać życiem stan, który kończy się śmiercią? Widzi czas, który „leci jak tkackie czółenko”, czuje się jak „najemnik” skazany na ziemię. Jego jedynym marzeniem jest odrobina cienia. „Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki”…, dlatego pyta gorzko: Co jest nagrodą za wysiłek życia?

Na ten dramatyczny protest Hioba Bóg odpowiada… Jego odpowiedź nie jest jednak naiwnym utuleniem, dostarczeniem niewiarygodnych pocieszeń, tanim odwróceniem uwagi. Bóg nie mówi do Hioba: nie martw się, to tylko przypadek, nieporozumienie, po jakimś czasie wszystko powróci do normy; pamiętaj, że ten, kto postępuje sprawiedliwie, będzie miał słuszną zapłatę… Bóg nie próbuje wyrównać rachunków za pomocą ludzkiej logiki, nie godzi się na ludzką wizję zła, niezasłużonego cierpienia, nie daje się wtłoczyć w kategorie naszej ludzkiej mądrości…

Hiob jest zachęcany do przyjęcia Boga ‘niepojętego’, do ukochania Boga, który jest poza wszelkim wyjaśnieniem, do uznania Go takim jakim jest, a nie takim jakim on Go sobie wyobraża.

Słowa Hioba, będące całkowitą negacją sensu życia, stanowiące moc­ne oskarżenie Boga nie są jedynie tłem i pretekstem dla wyjaśnienia, które ma nastąpić: one są objawieniem, można by powiedzieć, że stają się… modlitwą. A Bóg odpowiada „tak” modlitwie tego, który pozostaje bez nadziei, zamurowany w swoim bólu, przygnębiony ciemnością, ogarnięty nocą…

Hiob porównał życie do czółenka tkackiego. W języku hebrajskim termin ten oznacza także nić, czyli po prostu nadzieję: życie kończy się zatem wtedy, gdy ta nić się urwie, kiedy jej już nie ma. Znaczy to tyle, że tak naprawdę życia nie ma już w chwili…, gdy zaczyna brakować nadziei. W tragicznym momencie, gdy dla Hioba wszystko straciło znaczenie, gdy stanął na granicy życia i śmierci… mimo wszystko zwraca się do Boga ze swoim pełnym tęsknoty „wspomnij”. Pozostał zatem jakiś strzępek owej nici… I ten właśnie strzępek zmienił wszystko…

 

Także Chrystus mówi czasami „nie”. Nawiązuje kontakt z ludźmi w synagodze, w domu przyjaciół, w bramach miasta, a kiedy „wszyscy Go szukają”… usuwa się „gdzie indziej”, na miejsce ustronne. Szuka samotności. Usuwa się ‘gdzie indziej’ w stosunku do oczekiwań tłumów, pełnych co prawda entuzjazmu, ale nieskorych do zaangażowania się w wypełnianie Jego słów; ‘gdzie indziej’ – czyli bliżej w stosunku do tych, którzy Go jeszcze nie znają, którzy (podobnie jak Hiob) uważają, że On jest nieobecny, daleki. Chrystus rozczarowuje oczekiwania jednych, a zaskakuje innych. Tak jest zawsze: według niektórych jest spóźniony, według innych, przybywa za wcześnie. Nie wykorzystuje okazji sprzyjających, podejmuje się natomiast wyzwań, które nie rokują sukcesów. Jakby tego było mało, wyraźnie stwierdza, że po to właśnie przyszedł (por. Mk 1,38). Jeśli odchodzi, to po to, by być w innym miejscu lub w inny sposób. Zakres Jego misji zostaje dokładnie określony dopiero po modlitwie: zatem to modlitwa winna leżeć u podstaw poszukiwań sensu każdego działania.

 

Z myśli podanych wcześniej, wynikają dla nas przynajmniej dwie sugestie:

Po dniu pełnym pracy na rzecz innych, warto zdać sobie sprawę, że bez modlitwy… pozbawiamy innych ‘posługi’, która im się należy. Przeciw solidarności grzeszy zatem nie ten, kto potrafi odejść w samotność, lecz ten, kto nie potrafi usunąć się przed tłumem; zwłaszcza wtedy, gdy pozostanie oznacza łatwą popularność, przeciętność, konformizm. Niekiedy powiedzenie „nie” może być – wbrew powszechnej opinii – służbą na rzecz wspólnoty.

Uczniowie odnajdują Jezusa, ponieważ wszyscy Go szukają. On natomiast jest tam, gdzie odszedł… i modli się. Może to dla nas wskazówka, że czas już, by inni zaczęli nas szukać… ponieważ się modlimy.

Czyż to nie wspaniałe uznać, że modlitwa jest najpewniejszym miejscem, gdzie inni mogą nas znaleźć i gdzie w konsekwencji – również my będziemy mogli dotrzeć do innych?

Człowiek autentycznie rozmodlony pozostanie zawsze osobą bardzo ‘poszukiwaną’. Ludzie instynktownie wyczu­wają, że to jest ta osoba, która może zająć się sprawami innych, ponieważ zajęta jest… modlitwą!

Czy zatem samotność nie może stać się możliwością spotkania ofiarowaną wszystkim? Czy człowiek modlitwy nie będzie tym, który pozwala się najszybciej odnaleźć?  Czy ten, kto usuwa się na pustynię, nie będzie tym, który zawsze jest obecny, i to zawsze na właściwym miejscu?

 

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>