V Niedziela
zwykła (A)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-a

[Mt 5,13-16]

Wskazówki udzielone słuchaczom przez proroka (pierwsze czytanie) równoważne są z „dobrymi uczynkami”, które uczniowie Jezusa winni prezentować przed ludzi, po to, by ci, którzy ich obserwują, oddawali chwałę Bogu, który jest w niebie. Znaczy to tyle, że ludzie wierzący w Boga są widzialnym znakiem, poprzez który inni odkrywają obecność Boga na ziemi. Te wskazania starotestamentowe nic nie straciły ze swojej aktualności, także dla nas, dzisiejszych chrześcijan. Na liście tych „dobrych uczynków” jest jeden, na który chciałbym zwrócić uwagę: “przestać grozić palcem i mówić przewrotnie”. Osądzanie, plotkowanie, zniesławianie, zgryź­liwość, zajadłość – są to, niestety, ciągle zachowania szeroko rozpowszechnione; one właśnie, stają się dobre, gdy przestaniemy je… praktykować!

„Bracia, przyszedłszy do was, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże…” wyznaje z pokorą św. Paweł pisząc do wspólnoty w Koryncie. Po różnych, wcześniejszych doświadczeniach zrozumiał, że światło można ofiarować innym tylko w pokorze i z delikatnością. Skoro Chrystus na krzyżu ukazał swoją słabość, Jego uczeń nie może zachowywać się inaczej. Paweł nie ma już wątpliwości, że gdy chodzi o światło ewangelii nie należy przybierać postawy bohatera-intelektualisty, że trzeba nauczyć się „nic nie wiedzieć”, że aby stać się mistrzem ewangelii… należy wybrać „głupstwo krzyża”!

Temat „głupstwa” powiązany jest ściśle z tematem „świat­ła” i „soli”, o których Jezus wspomina w swoim Kazaniu na Górze. Dla nas  to przesłanie jest niezmiernie istotne. Wynika z nie­go niezbicie, że my, chrześcijanie, aby stać się światłem dla świata, wcale nie musimy… błyszczeć! Nie dostarczymy innym światła dzięki naszej inteligencji.  Aby tego dokonać, aby rzeczywiście rozproszyć ciemności świata i chaos, który go ogarnia, potrzeba nam odrobiny (i to wcale nie małej)… ewangelicznego szaleństwa! Homo sapiens narobił już wiele szkód; dowodów aż nadto. Skoro więc nie potrafi zadośćuczynić tymże szkodom, powinien zatem usunąć się na bok. Zabrzmi to dziwnie, ale wygląda na to, że ocalenie ludzkości może nadejść jedynie ze strony homo demens (nierozumny, niepoczytalny, szaleniec), to znaczy, ze strony chrześ­cijanina, który zechce wyjść ze swej skorupy egoistycznego rozumowania, kalkulacji, taktyki, ludzkich zabezpieczeń i zdecyduje się na drogę ewangelicznej prowokacji!

Świat nie potrzebuje ani bigotów, ani świętoszków, ani wy­rafinowanych intelektualistów, lecz „Bożych szaleńców” zdolnych do wszystkiego, zaskakujących wyobraźnią, przesią­kniętych prawdziwą wolnością dzieci Bożych, zakochanych po uszy w Panu Bogu. Jeśli nie wejdziemy na taką drogę, Jezusowe Kazanie na Górze pozostanie wyłącznie muzealnym zabytkiem.

Wydaje mi się, że nasze dzisiejsze chrześcijaństwo obciążone jest chorobliwą powagą, ułożonością, wyniosłością… Wygląda na to, iż zapomnieliśmy, że Chrystus nie kazał nam być konserwatorami mumii, lecz solą, która pali, oczyszcza…

Jeśli nie staniemy się jako dzieci…; jeśli nie będziemy mieć w sobie soli…; jeśli nie potrafimy uchronić w sobie światła…, nigdy nie doświadczymy radości, która przepełniała całe orędzie Chrystusa, i nie będziemy w stanie rozszerzać go po świecie.

Jezus jest Dobrą Nowiną, jest naszym zbawieniem, naszym wyzwoleniem, a nie zakłopotaniem, troską jedynie o to, by być w porządku, by poczuć się dobrze, by nie móc sobie niczego zarzucić.

Wiara ma stanowić siłę przetwarzającą nasze życie. Kościół więc nie może zadowolić się wejściem na scenę świata dopiero wtedy, gdy inne siły wycisnęły już swój znak na życiu współczesnym. Doświadczenie pokazuje tymczasem, że jesteśmy często spychani do roli obserwatorów, a częściej jeszcze, sami taką rolę wybieramy utrzymując przy tym, że „taka jest wola Boża”. Jesteśmy gotowi, nierzadko z ewangelią w ręku, prowadzić niekończące się dyskusje, gdy tymczasem ta właśnie Księga skłania nas, byśmy innych… wyprzedzali na drogach życia.

Musimy w pewien sposób stać się w niebezpieczni; tzn. niebezpieczni dla fałszywej pewności, dla obojętności, dla samowystarczalności, dla nierozsądnych kompromisów… Po­winniśmy wystrzegać się takich sytuacji, w których staniemy się „ewangelicznie nieszkodliwi”, ponieważ taka nieszkodliwość stanowi wielką krzywdę, jaką wyrządzamy światu! Taka obojętność wobec współczesności jest jednym z grzechów, które obciążają nasze sumienia.

Wielu z nas łudzi się posiadaniem Boga poprzez idee i możliwością przekazywania Go innym również poprzez idee. W rzeczywistości, krążymy bez sensu wokół wyblakłego i nieszkodliwego obrazu Boga. Trzeba, abyśmy pozwolili się uwieść, rozpalić przez Niego, bo tylko w ten sposób będziemy zdolni uwieść i rozpalić innych naszą wiarą. Wypada, abyśmy potraktowali uczciwie paradoksy ewangelicznego, a nie ograniczali się jedynie do pobożnych wzruszeń i westchnień nad ich tekstem.

Spotkanie z Bogiem zawsze jest niebezpieczne; i dla nas, i dla innych. Przestańmy być banalni, zastraszeni, przewrażliwieni, nad wyraz ostrożni… Przestańmy być jedynie dekoracją świata…. Przełamujmy utarte szlaki, wyjdźmy poza oznaczone pola przyzwyczajeń… Tego chce Bóg.

Nie po to umarł za nas, byśmy dzisiaj tylko udawali, że Go kochamy, bo tak wypada, bo tak trzeba…

Prawda ewangelii jest bardzo przejrzysta: Bóg nie zdobywa nas, gdy wchodzi jedynie do naszego umysłu. Bóg jest pewien, że nas posiadł (a dzięki temu, że dotarł do naszych bliskich i dalekich), kiedy pozwolimy Mu zapanować całkowicie nad naszym sercem.

Czas zatem na zmiany, byle po Bożemu. Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>