kontakt  
   
   
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
   
       
         
    
strefy wiary - świadectwa
 

Janek

I CHCĘ ODTĄD ŻYĆ! ŻYĆ!

 

 

 

Byłem bardzo młody, chodziłem jeszcze do podstawówki. Na jakiejś uroczystości rodzinnej poczęstowano mnie wódką. Skosztowałem, smakowało mi, a co najważniejsze: poczułem się jak dorosły. I tak się zaczęło... W alkoholu odkryłem cudowne lekarstwo na swoje zahamowania, niespełnione marzenia, przerost ambicji. Zawsze chciałem być najlepszy, chciałem mieć to czy tamto. Zazdrościłem kolegom siły, a w miarę upływu lat także powodzenia u dziewczyn i pozycji w grupie. Gdy piłem, zapominałem o swoich ograniczeniach. Stawałem się zupełnie innym czło­wie­kiem, wolnym od kompleksów, ważnym, pewnym siebie.

Skończyłem szkołę, zacząłem pracować. Każdego ranka, przed pójściem do pracy, piłem po kilka piw. Towarzystwo, w którym się obracałem, raczej nie stroniło od kieliszka, dlaczego więc miałem być gorszy? Ktoś kupował flaszkę, więc i ja odwdzięczałem się tym samym.

Potem związałem się z zespołem muzycznym. Grałem na weselach i dancingach, wystę­po­wa­łem w różnych knajpach, restauracjach. Alkohol lał się strumieniami, przychodził mi łatwo, praktycznie - za darmo. Picie sprawiało mi wielką przyjemność. Kto by pomyślał, że ta przyjemność przerodzi się kiedyś w nałóg?
I przyszedł ten dzień, ten przeklęty dzień, w którym zrozumiałem, że bez alkoholu nie potrafię żyć. Myślałem, że to wina kolegów. Zacząłem szukać ratunku. Opuściłem swoje dotychczasowe środo­wis­ko, wyjechałem na dwa lata z miasta. Pracowałem na delegacjach. Spodziewana poprawa jednak nie nastąpiła, przeciwnie, do kieliszka zaglądałem jeszcze częściej.

Wierzyłem wciąż w pomoc medycyny. Byłem dwukrotnie na leczeniu odwykowym. Za pierwszym razem uciekłem ze szpitala po dwóch miesiącach, za drugim - po dwóch tygodniach. Miałem dobre chęci, ale chcieć nie zawsze znaczy móc, a w przypadku pijaka są to dwie różne sprawy.

I tak mijały lata. Aż pewnego razu, będąc na głodzie alkoholowym, bez grosza przy duszy, sięgnąłem po alkohol niekonsumpcyjny. Zawsze gardziłem ludźmi, którzy piją denaturat, autovidol, kryształ i inne „fikołki”, jak to mówimy w gwarze alkoholowej, a teraz stałem się jednym z nich. Potem poszło już gładko. Miałem napady panicznego lęku, zacząłem przeżywać stany deliryczne. Oczami chorej wyobraźni widziałem różne rzeczy, przeraźliwe rzeczy tak to nazwę, bo straszne... to byłoby za słabe określenie. Oprócz tego nabawiłem się przykrej choroby - padaczki alkoholowej. Miałem dużo ataków, budziłem się często w szpitalu bądź na pogotowiu cały zakrwawiony, z rozbitą głową. Raz obudziłem się nawet na oddziale detoksykacyjnym, podłączony do aparatów i różnych monitorów. Bardzo się wystraszyłem, myślałem, że już umieram. Potem dowiedziałem się, że miałem stan przedzawałowy czy nawet zawał serca. To było jednak za mało, aby mną wstrząsnąć.

Wszyscy się ode mnie odsunęli, pogardzili mną najbliżsi, nawet rodzina. Nie zapomnę tego do końca życia: raz na Wigilię, owładnięty jakimś ludzkim uczuciem, zapragnąłem wrócić do domu, podzielić się opłatkiem, złożyć życzenia. Stanąłem przed drzwiami, zapukałem. Wyszedł ojciec. Nie wpuścił mnie do środka, wygnał mnie. Usiadłem więc sobie na strychu i zapłakałem...

Chciałem inaczej żyć. Żyć jak żyją normalni ludzie, bez strachu i poniżenia. Często widywałem swoich kolegów, jak idą w niedzielę do kościoła, ze swoimi rodzinami, trzymając się za ręce. A ja jak szczur - brudny, podrapany, obrośnięty - przemykałem się kanałami, opłotkami. Nie miałem co na siebie włożyć, cuchnąłem, miałem wszy.

Nigdy się nie ożeniłem, nie było na to czasu. Zresztą jaka kobieta chciałaby wyjść za alkoholika? Alkohol był moim bogiem, moją żoną, był wszystkim. Od dawna nie pracowałem. Miałem dziwne ręce, przyklejały się do nich rozmaite rzeczy, które potem zamieniałem na pieniądze. Z tego żyłem. Często trafiałem za kratki. W ostatnim dziesięcioleciu odwiedziłem zakład karny aż siedmiokrotnie. Właściwie za drobne przewinienia (małe kradzieże, niepodjęcie pracy, niezapłacenie grzywny).
Może to zabrzmi jak paradoks, ale wszystko w mym życiu jest paradoksem: kryminał był dla mnie błogosławieństwem! Porażka okazała się sukcesem. Każdy wyrok oznaczał przymusową kurację odwykową. Trafiałem do więzienia zawsze w ostatniej chwili, gdy jedną nogą stałem już w grobie. Było oczywiście ciężko, za każdym razem było ciężko, szczególnie na samym początku, natychmiast po uwięzieniu. Zanim dochodziłem do siebie i zaczynałem normalnie jeść, mijało kilka tygodni. To była prawdziwa gehenna, zwijałem się z bólu, miałem straszne poty. W międzyczasie umierali moi koledzy. Na tym polegało moje szczęście - szczęście w nieszczęściu.

Za każdym razem, gdy wychodziłem na wolność, towarzyszyło mi mocne postanowienie poprawy. Łudziłem się, że zacznę wszystko od nowa, chwycę się za porządną, uczciwą robotę, nie wezmę więcej do ust denaturatu. Wystarczy odrzucić alkohole niekonsumpcyjne - myślałem - a wszystko będzie cacy. Nie rozumiałem wtedy, że jestem człowiekiem chorym i jedyną deską ratunku jest dla mnie... abstynencja. Opuszczałem kryminał, zaczynałem od piwa, a już po tygodniu szwendałem się po melinach i piłem „fikołki”.

Siedziałem zwykle po dwa, trzy miesiące. Kiedyś zamknięto mnie w pudle na pół roku, innym razem na trzynaście miesięcy, a ostatnio spędziłem w więzieniu osiem miesięcy. Zresztą całkiem niesłusznie, po prostu „za darmo”. Spałem w takiej kotłowni i zginął silnik, ja go oczywiście nie ruszyłem. Nie byłbym go w stanie odkręcić, nie mówiąc już o tym, że są potrzebne odpowiednie narzędzia, aby taki motor odłączyć od prądu. Podejrzenie padło na mnie i znowu osadzono mnie w więzieniu. W czasie tej odsiadki zacząłem poważnie zastanawiać się nad swoim losem. Wracałem myślą do różnych zdarzeń ze swego życia, przede wszystkim do śmierci współtowarzyszy mej pijackiej niedoli i do własnych porażek, błędów, katastrof. Zrobiłem przegląd całego swego życia, czyli to co w programie „AA” określa się jako: gruntowny odważny obrachunek moralny. I zro­zu­miałem, że przyczyną wszelkiego zła, które mnie spotkało, jest alkohol. Wiedziałem, że jeśli na wolności znowu będę pił, na pewno umrę i to w krótkim czasie. Gdyby padaczka dopadła mnie gdzieś w ciemnej bramie albo na strychu, gdzie spałem, i gdyby wtedy nie zjawił się ktoś w porę, ktoś kto by chciał mi pomóc - nie miałbym najmniejszych szans przeżycia.

Myśl o śmierci spędzała sen z moich powiek. Bałem się wyjść z więzienia. Nie miałem już żadnej nadziei, nie wierzyłem, że mogę wyjść z nałogu i stać się nowym człowiekiem. I wtedy zrobiłem to, co powinienem był zrobić dużo, dużo wcześniej: zacząłem się modlić! Ja - człowiek będący daleko od Kościoła, bluźniący, podający się za ateistę (rzecz jasna - po pijanemu) - zacząłem się modlić. Błagałem Boga o ratunek, prosiłem o wstawiennictwo w niebie Najświętszą Maryję Pannę i wszystkich świętych, którzy mi na myśl przychodzili. Szczególnie bliski był mi wówczas św. Maksy­mi­lian Maria Kolbe, o którym wiedziałem, że jest patronem abstynentów. A wiedziałem to stąd... no właśnie... Poszedłem kiedyś na plebanię z zamiarem wyłudzenia paru złotych i ksiądz powodowany współczuciem wręczył mi oprócz pieniędzy deklarację abstynencką, na której były m.in. słowa: „Maksymilian Kolbe - Ruch Trzeźwości”. Modliłem się też do św. Franciszka z Asyżu. On jest jednym z moich patronów, ponieważ urodziłem się 4 października, właśnie na Franciszka, i dano mi na drugie imię po prostu: Franek. Ja się modliłem i płakałem gorzkimi łzami. Czyniłem to pod osłoną nocy, aby inni więźniowie nie widzieli. Świt zaglądał do okna, gdy kładłem się spać.

I stało się wreszcie to, czego się obawiałem - wolność. Wyszedłem z kryminału i co było niemożliwością... nie wypiłem! Została mi odebrana chęć picia, została mi odebrana obsesja picia! Przedtem musiałem pić, musiałem... A teraz zobaczyłem, że jest zupełnie inne życie pełne kolorów, blasków, świateł...

Początek nowej drogi był trudny. Musiałem zaczynać wszystko od zera. Nie miałem nic oprócz pary podartych spodni. Nie miałem mieszkania, nie miałem konta w banku, nie miałem dowodu osobistego. W mieście, w którym mieszkam, wszyscy mnie znali jako ostatniego łachudrę, szmaciarza. Nikt mi nie chciał podać ręki, choćby w sprawie pracy. Gdy przychodziłem do jakiegoś zakładu, każdy patrzył na mnie z politowaniem: „To ty? Poszoł ty won, człowieku. Tu dla ciebie miejsca nie ma”. Nie zrażałem się tym jednak, chciałem przede wszystkim zmienić siebie. Wrócić do Boga. Poszedłem do spowiedzi, przystąpiłem do Komunii św. Nie przywiązywałem wówczas wagi do tych faktów, ale są to praktycznie cuda, które zaczęły dziać się w moim życiu. Przecież od dawna nie miałem z wiarą nic wspólnego. Ja: chrześcijanin, katolik, człowiek po bierzmowaniu, w szkole podstawowej nawet ministrant. Ostatni raz byłem w kościele jakieś dwadzieścia lat temu. Przydarzył mi się wypadek, mogłem stracić rękę, W takiej sytuacji lepiej trzymać się z Bogiem. Lecz ręka wyzdrowiała, strach minął i skończyła się moja pobożność...

Ale co było dalej z mym - że się tak wyrażę - nawróceniem? Skontaktowałem się z moim księ­dzem proboszczem - człowiekiem świętym i szczerze oddanym sprawie trzeźwości narodu. Przy­je­chała kiedyś do naszej parafii grupa Anonimowych Alkoholików „Wieczernik” z Poznania. I ksiądz mówi do mnie: „Janek, może byś przyszedł na spotkanie? Będą alkoholicy...”. A ja mu na to: „Co mi tam alkoholicy? Mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie”. Jednak skorzystałem z zaproszenia. Wziąłem do ręki program „AA”, zacząłem czytać i zrozumiałem... Zrozumiałem, że to jest to, czego szukałem. Od tej pory żyję tym programem. W nim znalazłem wszystko, zwłaszcza wiarę w Boga i... w samego siebie. Dotąd gardziłem sobą, niejednokrotnie chciałem popełnić samobójstwo, ale byłem za dużym tchórzem. Teraz odkryłem, że wcale nie jestem taki ostatni...

Wstąpiłem do Grupy AA „Wyzwolenie”...

Jeździliśmy tam, gdzie nas zapraszali, zwykle do szkół i różnych parafii. Głosiliśmy świadectwa, mówiliśmy wyłącznie o sobie - jakimi ludźmi byliśmy i jacy staliśmy się później. Często nasi słuchacze to osoby zagubione, potrzebujące pomocy, przekonywaliśmy ich, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że „wszystko możemy w Tym, który nas umacnia”.

W tej chwili trochę mi ciężko. Jestem chory na raka, ale wierzę, że jeśłi Bóg miłosierny wydobył mnie z takiej nędzy, z takiego błota, z takiego bagna, pozwoli mi jeszcze przeżyć i tę chorobę...

I w ogóle jest cudownie. Świat jest piękny. Gdzieżbym kiedyś umiał się cieszyć widokiem gór, jezior, lasów? Teraz we wszystkim widzę cud Boga, Jego wspaniały plan miłości.
I chcę odtąd żyć, żyć...