IV Niedziela
Wielkiego Postu (B)

zonedifedehomilie

[J 3,14-21]

„Każdy bowiem, kto dopuszcza się nieprawości, nienawidzi światła…” – to zdanie, przynajmniej w niektórych przypadkach, wydaje się nie odpowiadać dzisiejszej rzeczywistości.

Wielu ludzi czyni świństwa wszelkiego rodzaju, specjalizuje się w najróżniejszych draństwach, popełnia czyny pełne plugastwa, propaguje przemoc i nienawiść… i wszystko to dzieje się w pełnym świetle, jest nagłaśniane, proponowane jako symbol postępu, wolności, demokracji, wyzwolenia itp. Jak nigdy dotąd zło jest wystawiane na widok publiczny, reklamowane, publikowane. Jest nie tylko usprawiedliwiane, lecz wprost gloryfikowane.

„Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła…”. Rzeczywistość wydaje się przeczyć także temu stwierdzeniu. Wydaje się, że to raczej wstyd zagościł w obszarach dobra, uczciwości, wierności, otwartości. Zauważmy, że „słudzy prawdy” czyli ci, którzy traktują wskazania Ewangelii jako życiowe drogowskazy, nie pojawiają się prawie wcale w gazetach, są systematycznie eliminowani z obiegu informacji, nie interesują środków masowego przekazu.

Jesteśmy zatem świadkami wulgarnego odwrócenia słów Jezusa: dobro staje się podejrzane, wyśmiane, ocenzurowane, zepchnięte z piedestału. A wszystko to dokonuje się przecież w kraju katolickim, wśród ludzi, którzy jeszcze tak niedawno śpiewali „nie rzucim wiary…”?!

Także na naszych „prywatnych” podwórkach sytuacja nie wygląda lepiej. Jeśli potrzebujemy światła, to tylko po to, by pokazać złe strony naszego bliźniego, wroga, innego. Kiedy sprawy dotyczą nas samych, wtedy wolimy ciemność, mrok albo przynajmniej półcienie. Bardzo trudno jest nam uznać nasze własne błędy. Zaczynają nam przeszkadzać dopiero wtedy, gdy o nich zaczyna się mówić… A przecież dużo prostszym sposobem uniknięcia takich sytuacji jest po prostu ich nie popełnianie. Wyrzuty sumienia lepiej jest mieć przed czynem…

(Znamy z pewnością historie romansu króla Dawida z Betszebą).

Słowo Boże jest światłem, które pokazuje mój grzech przede wszystkim. Odbiera mi alibi. Ja tymczasem wolę gorszyć się problemami innych, minimalizując moje własne niedociągnięcia. Ale prędzej czy później słowo-światło prześwietli moje serce: „Ty jesteś tym człowiekiem!”. Ty jesteś winny, nie kto inny. Grzech jest twoim grzechem, nie twego sąsiada. Jeśli chcę liczyć na miłosierdzie Boga, muszę zgodzić się najpierw, aby Jego światło wskazało mój grzech. Dopiero jeśli zdam sobie sprawę, że każdy mój grzech jest rzeczywistą tragedią, miłosierdzie Boże okaże się dla mnie bezgranicznie wielkie.

„Zmiłuj się nade mną, Boże”. Zmiłuj się nade mną, czyli nie miej litości dla wykazywania mi mojego grzechu. Nie oszczędzaj mnie w tym względzie, Panie. Nie może mnie uspakajać zdanie większości, opinii publicznej, mody, partii, ideologii będącej akurat przy głosie… Na temat grzechu – jako chrześcijanina musi mnie interesować jedynie opinia mojego Boga.

Kiedy człowiek uznaje swój błąd, nie może prezentować swego grzechu jako chwalebnego czynu… i wtedy do akcji wkracza Bóg, wtedy Bóg okazuje się Miłosierdziem.

Słowo Boże nie ogranicza się do tego, by objawić człowiekowi jego grzech (historia Dawida i Natana). Słowo Boże wciela się w ludzkie ciało i przychodzi na ziemię, aby szukać grzesznika, i to nie po to, by go sądzić i skazać, lecz by go pojednać ze sobą. „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu”. A wierzyć w Niego znaczy przede wszystkim wierzyć w Jego miłosierdzie, w jego przebaczenie. Zatem Bóg nie zadawala się jedynie wytknięciem grzechu, lecz wskazuje na Swego Syna, poprzez którego pragnie nam ofiarować przebaczenie. Słusznie ktoś zauważył, że chorzy byli do Jezusa przynoszeni; na poszukiwanie grzeszników On sam wyruszał. On nie mówi do grzeszników w ogólności… On zajmuje się każdym z osobna… On zna ich po imieniu… Samarytanka, Zacheusz, Maria Magdalena, Piotr… i w ten sposób ich odzyskuje.

Ryszard Wróbel OFMConv

 

 

<<< PoprzedniNastępny >>>