III Niedziela
Wielkiego Postu (B)

zonedifedehomilie, homilie-Wielki Post (B)

[J 2,13-25]

Wydarzenie opisane w dzisiejszej Ewangelii uważane jest na ogół za opis jednej z ważniejszych akcji Jezusa. Nie oznacza to jednak, że jej zrozumienie jest łatwe. Warto zatem zgłębić znaczenie tego epizodu. Trzeba nam przejść trzy kolejne etapy: odczytać scenę we właściwym jej kontekście, aby zrozumieć jej pierwotne znaczenie; określić rzeczywiste rozmiary zdarzenia; spróbować zrozumieć dlaczego ma ona znaczenie dla nas, dzisiaj.

Umiejscowienie:

Jezus na swoją akcję wybrał wzgórze świątynne czyli centrum życia religijnego, narodowego i politycznego… (To tak jakby dokonał tego nie w jakimś krakowskim kościele, lecz w Bazylice św. Piotra na Watykanie! –  Jego gest ma taki ciężar gatunkowy!).
Miejscem zdarzenia jest wielkie atrium świątyni zwane też dziedzińcem pogan. Od pozostałych części świątyni – zarezerwowanych wyłącznie dla Żydów (nawet żołnierze rzymscy nie mogli tam wchodzić!) – dziedziniec ten był odgrodzony murem. Nad bramą rozdzielającą te dwa miejsca widniał napis ostrzegający, że ktokolwiek z nieobrzezanych (czyli nie należących do narodu wybranego) ośmieli się przekroczyć wyznaczoną granicę, dopuszcza się przestępstwa karanego śmiercią.
Z okazji wielkich świąt (do takich należała z pewnością Pascha) teren ten stawał się wielkim placem targowym. Można było znaleźć tu wszystko, co było potrzebne do składania ofiar. Istniała konieczność (a więc i możliwość) wymiany pieniędzy; na terenie świątynnym posługiwano się bowiem wyłącznie monetami hebrajskimi; wniesienie innych oznaczało profanację miejsca. Nietrudno się domyślić, że ofiarujący tego rodzaju usługi nie czynili tego wyłącznie z pobudek religijnych, ale że stanowiło to dla nich znaczne źródło dochodu. Musieli też z pewnością wnosić konieczne opłaty na rzecz władz świątynnych za udzielone im pozwolenia na prowadzenie tego rodzaju „działalności gospodarczej”.
Musimy zatem uświadomić sobie niezwykłe istotny fakt: całe przedsięwzięcie (dzisiaj moglibyśmy je nazwać „kompletną obsługą ruchu pielgrzymkowego”) było usprawiedliwione potrzebami kul­tu; było absolutnie legalne, zgodne z przepisami. Odbywało się za zgodą autorytetów religijnych i stróżów świątyni. Stanowiło nieodłączną część spraw związanych z możliwością wypełnienia pobożnych obowiązków.

Rozmiary wydarzenia

Należy przypuszczać, że gest sam w sobie nie był aż tak spektakularny, jak na ogół to sobie wyobrażamy. Trudno mówić o jakimś nadzwyczajnym poruszeniu. Należy też pamiętać, że wojska rzymskie były czujne i eliminowały w zarodku wszelkie zgromadzenia mogące zakłócić publiczny porządek; nic nie wskazuje na to, że po czynach Jezusa przystąpiły do akcji. Była to raczej przykładowa demonstracja, akcja symboliczna. Jest to bez wątpienia zdarzenie historyczne, ale nas – bardziej niż jego przebieg – interesuje jego wymowa. A musiało być niezwykle ważne, skoro tak bardzo poruszyło ówczesne autorytety religijne. Mimo niezbyt wielkich strat materialnych zachowanie Jezusa zostało uznane za bardzo niebezpieczne… ze względu na konsekwencje, jakie mogło sprowokować. Bardziej niż zajście samo w sobie niebezpieczne były słowa Jezusowego komentarza. Tak się już dzieje, że o zdarzeniu ludzie szybko zapominają, słów natomiast – jeśli zapadną głęboko w ich serca – nie da się wykorzenić.

Znaczenie

Operacja oczyszczenia dokonana przez Jezusa rozpoczęła proces przywracania właściwego miejsca świątyni w życiu ludzi wierzących. Miejsce to stanie się na powrót domem Boga, gdy znikną z jego terenu wszelkiego rodzaju „handlarze”. I nie chodzi tutaj jedynie o brzęk monet… ale o te wszystkie zachowania, które – mimo szczerych intencji i pobożnych zamiarów – powodują pomniejszenie chwały Bożej i zaciemniają darmowość Jego darów! Jezus sprzeciwia się używaniu imienia Boga wyłącznie dla własnych interesów człowieka, jakiekolwiek by one nie były.

„Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska”.
Świątynia ma być przede wszystkim miejscem modlitwy. Tak uważali już prorocy i o tym nieustannie przypominali w swoich wystąpieniach. Modlitwa, spotkanie z Bogiem winno przeradzać się we właściwe relacje z bliźnimi, z wszystkimi bliźnimi. Z Bogiem nie można handlować, tak jak się to robi ze sprzedawcami na wzgórzu świątynnym. Sytuacji skrzywionych nie da się naprawić odmówieniem psalmu: trzeba je wyprostować, Nie można być szczerym z Bogiem, jeśli poza progiem świątyni wyrządzamy krzywdę bliźniemu: obmowa, kłamstwo, przekleństwo, obłuda, kradzież, pogarda dla życia itp. Bóg nie przyjmie pokłonów od tego, kto na co dzień pogardza Jego sprawiedliwością. Obowiązku wobec bliźnich nie da się zastąpić „religijnym folklorem”. Kult jest wtedy prawdziwy, gdy dzięki niemu zaczynamy rozumieć, że aby zyskać przychylność Boga musimy poprawić nasze uczynki, nasz postępowanie.

Znaczenie dla nas

Jezus nie godzi się zatem na pobożność, która stanowi swoistym „alibi”, na praktyki religijne rozumiane jedynie jako rodzaj „zabezpieczenia” przed ewentualną karą wieczną! Jego gest odsłania naszą hipokryzję; a kryjemy się za nią ilekroć próbujemy uspokoić swoje sumienie za pomocą praktyk religijnych, ale bez… faktycznego, autentycznego nawrócenia. Nasza obecność w świątyni nie może nas uspokajać, jeśli poza jej progiem mamy zamiar nadal popełniać zło, i to nie ważne małe czy wielkie… W tym względzie w słowach Jezusa nie ma sytuacji pośrednich. Nigdy nie znajdziemy w Jego pouczeniach sformułowań typu: „Jeśli się nie potrafisz modlić, to przynajmniej zachowuj się przyzwoicie”, albo: „Biorąc pod uwagę fakt, że postępujesz niesprawiedliwie, złóż przynajmniej ofiarę na zbożne cele lub dzieła miłosierdzia”… Nic z tych rzeczy! Jezus, z szacunku dla świątyni czyli dla Boga swojego Ojca, nie prosi, nie tłumaczy – po prostu chwyta za bicz i wyrzuca! Pamiętajmy jednak, że i ta scena jest częścią Dobrej Nowiny o zbawieniu. Zatem kochający Jezus – a jest nim także wówczas, gdy chwyta za bicz – już wkrótce, bo w tajemnicy Wielkiego Piątku, przekona nas, że umarł na krzyżu nie po to, byśmy nikomu zła nie wyrządzali, ale byśmy w Jego imię czynili cuda! I to cuda miłości!
Zdaję sobie sprawę, że łatwiej jest o tym mówić, trudniej jest tymi prawdami żyć na co dzień. Ale tak to jest napisane!

Podsumowując

Często słuchając tego opowiadania ustawiamy się w pozycji tych, których ta sprawa „nie dotyczy”: winni są zawsze ci „inni”: księża z ich opłatami za śluby i pogrzeby, sprzedawcy medalików i pamiątek w przysanktuaryjnych kioskach… Nie zamierzam usprawiedliwiać niczyich nadużyć, zło zawsze pozostaje złem i trzeba je nazywać po imieniu… Któż z nas może jednak zapewnić, że nigdy nie próbował „pohandlować” z Panem Bogiem? Komu z nas nie zdarzyło pójść do kościoła tylko po to, by poczuć się w porządku? Przy odrobinie szczerości… może okazać się, że owych „targujących się” jest o wiele więcej… Spróbuję to wyjaśnić na prostych przykładach wziętych z życia.

Są tacy, którzy chodzą do kościoła, aby dokonać transakcji na życie wieczne: „Ty, Boże dasz mi kawałek raju, a ja Ci odpłacę niedzielną mszą św., spowiedzią dwa razy do roku, szczyptą popiołu w Środę Popielcową, spacerem między grobami w pierwszy i drugi dzień listopada, i od czasu do czasu jakąś modlitwą”.
Są tacy, którzy uciekają się do Boga po ratunek dopiero wówczas, gdy znajdą się w sytuacji bez wyjścia. Być może przez długie lata depczą bezkarnie Boże przykazania, bo wszystko układa się pomyślnie… ale gdy tylko pojawią się pierwsze oznaki zagrożenia, odnajdują zagubiony adres, i niech no tylko Pan Bóg spróbuje się spóźnić z oczekiwaną przez nich interwencją.
Są i tacy, którzy na co dzień ubóstwiają pieniądz, władzę, namiastki tolerancji i demokracji, którzy prawu Bożemu przeciwstawiają ludzką wolę wyrażaną opinią tzw. większości… ale w chwili, gdy np. trzeba zyskać głosy wyborców… korzystają z Boga, jak z pięknej dekoracji…
To „wysługiwanie się Bogiem” jeszcze bardziej widoczne jest to w kulcie świętych (jeśli w ogóle coś takiego można nazwać kultem). Zostali oni znakomicie skatalogowani, każdemu przypisano dobrze określone pole działania, stali się rodzajem „pogotowia ratunkowego” na każde za­wo­łanie. Oczywiście i w tym przypadku nic za darmo: zapalona świeczka, nowenna, wotywna tabliczka, obrazek w portfelu… A oni tymczasem stanowią dla nas nieustanne wyzwanie! są dowodem, i to niepodważalnym, że świętość jest naszą szansą, świętość jest także w naszym zasięgu!

Mam nadzieję, że nie będę źle zrozumiany i nie zarzucicie mi, iż próbuję umniejszyć znaczenie pobożnych praktyk! Jestem absolutnie za nimi i gorąco do nich zachęcam! Ze względu jednak na wierność Jezusowi nie możemy nigdy zapominać, że prawdziwa pobożność do której mają prowadzić i Msza św., i sakramenty, i modlitwa, i post – ma być wyrażana przede wszystkim „w życiu po chrześcijańsku”, w świadectwie miłości, w walce z własnym egoizmem.

A zatem… to przede wszystkim „poza świątynią” winniśmy dawać dowody na to, że jesteśmy uprawnieni w niej przebywać. A gdyby nam się zdarzyło zapomnieć o tym, usilnie i gorąco prośmy Jezusa, by na nowo dał nam usłyszeć świst ukręconego przez siebie bicza i echo wywracanych stołów. Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>