III Niedziela
Wielkanocy (A)

zonedifedehomilie, homilie-wielkanoc-a

[Łk 24,13-35]

Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze…?

Proste pytanie, zdawać by się mogło przypadkowo postawione przez nieznajomego przechodnia sprawiło, że dwaj uczniowie zmierzający ku niewielkie osadzie położonej poza Jerozolimą znaleźli okazję, aby pozbyć się nadmiaru przeżyć, które stały się przyczyną ich wyjątkowego przygnębienia. Ich myśli były zaprzątnięte powrotem do grobu w którym pochowano ich Mistrza, do miejsca w którym ciężki kamień przygniótł nieodwracalnie ich nadzieje.
Rozmawiali o tym wszystkim, co się wydarzyło… Były to rozmowy o śmierci z… Żyjącym – tyle, że w tamtym momencie oni nie zdawali sobie z tego zupełnie sprawy. Jakże często jesteśmy od nich podobni: niekończąca się lista potyczek, przegranych, rozczarowań, niespełnionych nadziei, „czarna lista skarg i zażaleń” wystawiana Temu, który jest światłem świata. Niestety, nie przepuścimy żadnej okazji, aby informować Boga o sprawach złych, przykrych, niepotrzebnych; Boga, który stał się dla nas Dobrą Nowiną!

Myśmy się spodziewali… a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień… Oto rzeczywista miara naszej wiary, oto prawdziwa trwałość naszej nadziei. Nie potrafimy czekać, chcemy mieć wszystko od zaraz, nie jesteśmy skłonni płacić wysokiej ceny za ideały, które przecież nosimy gdzieś w głębi naszych serc. Niekiedy wystarczy niepozorne zachwianie rzeczywistości, w której się obracamy i wszystko się rozpada. A dlaczego tak uparcie pragniemy, aby nasze ideały były podziwiane, oklaskiwane, wychwalane od zaraz? Czy tego rodzaju uznanie jest wyznacznikiem ich rzeczywistej wartości?
Nadzieja na krótki dystans nie jest nadzieją ewangeliczną. Staje się zwykłą ludzką kalkulacją, wyrachowaniem i nie pozwala spoglądać dalej, niż przysłowiowy czubek własnego nosa, niż pierwsza napotkana przeszkoda, niż bezpośrednie niepowodzenie. A przecież nie mamy wątpliwości, że nawet najdłuższy tunel kiedyś się skończy (albo, jak mawia pewien znajomy proboszcz: nawet najdłuższa żmija też mija!); kto wie, może właśnie dopiero u jego wylotu zdamy sobie wreszcie sprawę z potrzeby… światła?!

Jezus przybliżył się i szedł z nimi… (ale) Go nie poznali… Zbyt dobrze znamy nasze własne ciemności, by rozpoznać Jego światło; zbyt dobrze znamy nasze słabości, by rozpoznać Jego siłę; zbyt dobrze znamy naszą samotność, by rozpoznać Jego obecność zwłaszcza w tedy, gdy rzeczywiście wokół nas robi się pustka. Nadal Go nie rozpoznajemy, nie znamy.

Jakże nieskore są wasze serca do uwierzenia… Powód? Ciągle ten sam: zbyt mało interesujemy się Jego słowem. Traktujemy je bardziej jako ozdobnik, niż życiowy drogowskaz. Niekiedy nawet skłonni jesteśmy się nim zachwycić, ale konfrontacja z nim naszego życia przekracza nasze potrzeby. W takiej sytuacji nie powinniśmy mieć pretensji do Niego, gdy nie potrafimy we właściwy sposób odczytać wydarzeń, które nas dotyczą. Gubimy się niejednokrotnie, ponieważ stosujemy niewłaściwy klucz do rozwiązywania zagadek naszego życia, zakładamy deformujące okulary pesymizmu, uprzedzeń, zafałszowania… Czy to uczciwe kazać Mu spłacać „rachunki” za nasz egoizm i zawinione pomyłki? By tego uniknąć, powinniśmy chcieć powrócić do źródeł (lub je odszukać, gdyby się okazało, żeśmy nigdy przy nich nie byli!!!). Warto się wreszcie zgodzić, by Bóg miał coś do powiedzenia w naszym życiu, by nas prowadził bez naszych niepoprawnych oporów.

Nie chodzi o to, by mieć gotowe odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania i rozwiązania każdego pojawiającego się problemu, nie żądajmy recept dobrych na wszystko. Najważniejsze, by nasze spojrzenie, umysł, serce były gotowe na Jego sygnał.

Zostań z nami…

Nareszcie właściwe słowo. Oto kolejny paradoks ewangeliczny: uczniom potrzeba było siedem mil wspólnej wędrówki z Nieznajomym, który „nic nie wie”, aby zdali sobie sprawę z tego, że to oni nie są świadomi, tego co zaszło.

Od chwili, gdy Jezus przyjął ich zaproszenie i zasiadł z nimi do jednego stołu, my także mamy nieustanną możliwość spotykania Go na drogach naszego życia. Jeden z wielu, których codziennie mijamy… Nauczymy się Go teraz rozpoznawać? Warto sobie uświadomić, że ilekroć w naszym życiu „chyli się ku zachodowi” wina leży wyłącznie po naszej stronie.

Każde spotkanie ze Zmartwychwstałym, z Żyjącym jest dla nas kolejną szansą, ciągłą nowością, nieustającą niespodzianką. Prośmy dziś za siebie nawzajem, by nie zabrakło nam odwagi zaprosić Go do siebie. Amen.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>