II Niedziela
Zwykła (C)

zonedifedehomilie, homilie-zwykle-c

J 2,1-12

W Kanie wszyscy mają coś do zrobienia, każdy na swoim odcinku odpowiedzialności, tylko Maryja jednak dostrzega całość. To wspaniały dar (zapewne wspólny dla kobiet: postrzegać rzeczywistość nie tyle poprzez wysiłek intelektualny, lecz przez rozumowanie sercem…). Z pewnością także pozostali uczestniczy dostrzegali rysujący się problem, ale tylko Ona zareagowała. Nie rozwiązała go – to też istotne w dzisiejszym tekście – ale… powierzyła go swojemu Synowi. Swoją interwencją naraziła się na Jego wyrzut (bez względu na to, jakie znaczenie nadamy słowom „czyż to Moja lub Twoja sprawa…” z pewnością nie są to słowa dodające odwagi). W rezultacie jednak staje się osobą, poprzez którą objawia się potęga samego Boga. Było to możliwe, ponieważ Maryja wierzyła i bezgranicznie ufała swojemu synowi, ponieważ wcześniej nauczyła się Go słuchać. Może nam brakuje właśnie owego wsłuchiwania się w słowa Jezusa?

Maryja w Kanie uświadamia nam konieczność „przebadania słuchu”. Zbyt często bowiem mamy zamknięte uszy, a usta i język w nieustannym ruchu, gdy tymczasem sama „natura” nie pozostawia żadnych wątpliwości: usta zostały tak stworzone, że mogą się zamykać, uszy – nie! Jesteśmy gotowi do mówienia, skarżenia się, protestowania, oskarżania, wypowiadania osądów na temat wszystkich i wszystkiego… Z wielkim trudem natomiast chwytamy przesłanie, które nadchodzi ze strony innych. Właśnie w tego rodzaju sytuacjach odczuwamy dziwnego rodzaju zakłopotanie, i w konsekwencji stajemy się… głusi. Do prawdziwej rozmowy nie wystarczą jedynie usta: jeśli o tym zapomnimy, rozmowa przerodzi się w „mówienie o sobie w obecności innych”.
Ta dziwna przypadłość, niestety, obawia się – i to w całej swej powadze – w naszych relacjach z Bogiem. Nie ma prawdziwej wiary, jeśli się nie słucha, ponieważ prawdziwa wiara „rodzi się ze słuchania, a tym co się słucha jest Słowo Boże” (Rz 10,17).

Bez słuchania nie ma mowy o posłuszeństwie. Śledząc losy historii zbawienia nasuwa się nieodparte wrażenie, że jedynym, niemalże obsesyjnym pragnieniem Boga jest to, by człowiek zadecydował się wreszcie Go… posłuchać. Twierdzimy, że Bóg rozliczy nas z każdego niepotrzebnego słowa. Może ma rację ten, kto odważnie twierdzi, że Bóg zażąda zdania sprawy nie tyle ze słów, których nie wypowiedzieliśmy, ile z tych, których nie chcieliśmy usłyszeć! Biblia potwierdza, że gotów jest zgodzić się na usta zakłopotane, na ociężały język (przypomnij sobie historię Mojżesza Wj 4,10nn), ale wprost nie toleruje… zamkniętych uszu.
Jakże inaczej w tym zbawczym kontekście brzmią słowa wypowiedziane przez Maryję w Kanie: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie…”. Czyli: słuchajcie Go, zwróćcie na Niego uwagę, bo od tego zależy wasze zbawienie. Aby zobaczyć cud, trzeba najpierw zdecydować się na… słuchanie.

Zdarza się, że „popłakujemy sobie” z powodu milczenia Pana Boga. A tak naprawdę to boimy się tego, co On mógłbym nam zaproponować, gdyby się odezwał. Intuicyjnie bowiem wyczuwamy, że gdy On pozwala usłyszeć swój głos… proponuje nam dokonanie jakiegoś wyboru. Jego głos jest nadzwyczaj zobowiązujący i dla nas niewygodny. „O, gdybym wiedział, jaka jest wola Boża w tych konkretnych okolicznościach…” – wzdychamy szczerze i w dobrej wierze: wystrzegamy się jednak (skutecznie?) stworzenia koniecznych warunków, by tę wolę wyczuć (tak dla przykładu: milczenie, czas, skupienie, medytacja, modlitwa…). Mówi się niekiedy, że nie ma gorszego głuchego, niż ten który nie chce słyszeć; tymczasem istnieje głuchy gorszego typu: to ktoś, kto pragnie usłyszeć „zawsze coś innego”.

Ta nasza nieudolność przenosi się także w sferę modlitwy. Modlitwa, która czyniłaby nas odpowiedzialnymi, zupełnie nam nie odpowiada. Wręcz obsesyjnie powtarzamy i przekonujemy Boga „Panie, wysłuchaj nas…”, ale udajemy (świadomie?), że nie zdajemy sobie sprawy, iż również Bóg ma prawo wysunąć jakąś naglącą prośbę względem nas. Wyrzucając z siebie niekończące się potoki słów łudzimy się, że przeciągniemy Boga na naszą stronę; słuchając natomiast – ryzykujemy, że to my zostaniemy pociągnięci Jego żądaniami.
Jeśli nie przestawimy naszego myślenia na bardziej ewangeliczne, będziemy na „naszym stole” mieli wszystko, z wyjątkiem tego, co najważniejsze. Staniemy się ubożsi w to, co się liczy naprawdę. Tak wiele mówimy o Bogu, może zbyt wiele, zamiast… mówić z Bogiem. A niekiedy wręcz zmuszamy Jego samego do milczenia. Czas się zatrzymać, by nie było za późno.

Kim byli ci nowożeńcy, że zasłużyli sobie na goszczenie samego Jezusa z Nazaretu?
W rzeczywistości nie chodzi tutaj o przywilej dla kogoś, lecz o dar dla wszystkich. Jezus nie wiąże się relacjami doskonałymi, lecz konkretnością historii naznaczonej odstępstwami, letniością, upadkami, pozostawieniem…; czyli uczta, podczas której ciągle istnieje zagrożenie braku wina. I tam, gdzie wino miłości – pokoju, sprawiedliwości, dzielenia się – ustępuje miejsca znikomości wody bez koloru i bez zapachu, Jego obecność pozwala, by na nowo zakwitło święto życia, i to dla ludzkości, która była z niego wykluczona.

Jeśli Jezus jest miłością Ojca do światła, to czyż może Go zabraknąć tam, gdzie kobieta i mężczyzna kochają się nawzajem? Musimy uwolnić się od wszystkich naszych moralizmów i przyjąć z radością sakramentalność miłości, każdej miłości. To nie błogosławieństwo kapłana uświęca  miłość ludzką; to człowieczeństwo samej miłości, która stała się możliwa, dzięki Bogu, który objawił się ostatecznie jako miłość!
Jezus jest zapraszany na wszystkie wesela, nawet na te, na których nie wymienia się Jego imienia. Jestem pewien, że znajduje on sposób, by uczestniczyć w świecie par znajdujących się w sytuacji nieuregulowanej, odmienne, z bagażem przegranych przeszłości… Dba o to, by nie zabrakło wina świętowania, zwłaszcza tam, gdzie osąd ludzki próbuje to święto zepchnąć na margines lub je wykluczyć.
Zaproszenia Jezusa nie tylko na wesele, ale także na ucztę życia jest bardzo znaczące; możemy w ten sposób odkryć, że Gość jest tym, który nas… gości. To zaproszeni jest zaproszeniem nas samych. Wesele odnosi nas do przymierza, czyli do paktu miłości, który Bóg zawarł z ludzkością.
Czy naprawdę zdajemy sobie sprawę z tego nieogarnionego faktu? Bóg zakochany w ludzkości, tak jak mężczyzna zakochany w kobiecie, a kobieta w mężczyźnie.  „Bóg szalony z miłości” mawiała św. Katarzyna ze Sieny.

Znak w Kanie, tak jak go określa ewangelista unikając określenia „cud”, nie jest opowiadaniem o nadzwyczajnym czynie, który dotyczy nowożeńców-szczęściarzy: powtarzam, chodzi o szansę dla wszystkich. Odnosi się bowiem do Oblubieńca danego ludzkości przez Ojca. Do tej miłości zaproszona jest cała ludzkość, w pierwszej kolejności ta jej część, która czuje się niekochana, niepożądana, odrzucona. O tym zapewne myślał także Jan Chrzciciel, kiedy prezentując Jezusa nad wodami Jordanu powiedział: „Oto Branek Boży…”.

Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>