I Niedziela
Adwentu (C)

zonedifedehomilie, homilie-adwent-c

(Łk 21,25-36)

Adwent, jako czas przygotowania się do Bożego Narodzenia, miał bardzo różne koleje losu i różnie był postrzegany; nazywano go nawet – ze względu na przeakcentowanie pokutne – wielkim postem bożonarodzeniowym. Warto zatem odczytać jego prawdziwy sens, ponieważ ma to być dla nas czas szczególny.
Oczekiwanie, nadzieja, pokój: oto zasadnicze cechy tego okresu, oczywiście bez pomijania takich elementów jak zamyślenie, refleksja, modlitwa czy oczyszczenie. Biorąc to wszystko pod uwagę, wydaje się, że najbardziej stosownym nastawieniem, które powinno jak najszybciej zagościć w naszych sercach jest… pragnienie. Wraz z Adwentem wchodzimy bowiem w czas oczekiwania, ukierunkowany na wydarzenia ostateczne: przyjście Jezusa! Tego przyjścia powinniśmy pragnąć ze wszech miar.
Warto podkreślić, że termin adwent, sam w sobie, wskazuje, że osoba na którą czekamy jest niezwykle ważna. Paradoks polega na tym, że fakt przyjścia „Tego, na którego czekamy” – mimo, iż w sensie  historycznym już się dokonał – teraz, w liturgii, ukazywany jest jako wydarzenie z przyszłości. Stanowi to dla nas wyjątkowe zaproszenie i szansę zarazem, byśmy na nowo zrozumieli, że Ten, który ma nadejść, ma znaleźć właściwe miejsce w naszym życiu, ma być wreszcie zauważony.
Chrystus już się narodził, teraz pora, by we mnie zrodził się… prawdziwy chrześcijanin. Powinniśmy sobie po raz kolejny uświadomić, że Chrystus-Mesjasz nie przychodzi po to, by odbierać formalne pokłony, by złożyć nam wizytę towarzyską, by wymienić z nami poglądy… Jemu nie chodzi o idee, lecz o radykalną zmianę, zmianę naszej mentalności! Przyjęcie Go oznacza zatem zgodę na Jego wizję świata, człowieka i zbawienia.

Dzisiejsza Ewangelia wspomina o znakach kosmicznych. Musimy pamiętać, że mamy tutaj do czynienia ze szczególnym sposobem wyrażania się, który nie służy temu, by zaspokoić naszą ciekawość, lecz by zrozumieć istotę tego co się ma zdarzyć, albo dokładniej – tego, co się wydarza w każdym momencie historii. Te kosmiczne znaki wskazują więc na każdą sytuację, w której człowiek gubi punkt odniesienia, pewność. Chodzi o te wszystkie okoliczności i zdarzenia, w których wszystko idzie na przekór, w których nic nie rozumiemy, nie jesteśmy w stanie nad nimi zapanować, czujemy się niejako w szponach ciemnych, trudnych do skontrolowania mocy, nie wiemy jak się wszystko potoczy i jak się zakończy. Na poziomie społecznym mamy tu na myśli wojny, kataklizmy, epidemie… Na poziomie osobistym – będą to  sytuacje, w których nasz osobisty świat rozpada się w kawałki.
Jaki sens ma zatem w takich chwilach nasz wysiłek? Po ludzku sądząc – nie ma żadnego. Jezus jednak nawet w takiej beznadziei zaskakuje nas: poprzez całą tę skomplikowaną rzeczywistość Bóg wypełnia swój pierwotny, odwieczny zamysł stwórczy. Chwile grozy, zniechęcenia, beznadziei mogą stać się narzędziami dojrzewania, odkupienia, zmartwychwstania…
Oczywiście, nie stanie się to w sposób automatyczny. Należy przyjąć nastawienie, które sugeruje nam dzisiejsza Ewangelia: czujność, czuwanie! To wezwanie zachęca nas, byśmy nie przeoczyli chwili obecnej, bo nierzadko – pod wpływem pozornie religijnych pragnień o życiu w niebie – tak właśnie czynimy. Nie możemy się „rozdrabniać na byle co”, nie wolno nam zatracić centrum życia, zagubić celu, zrujnować pomysłu na życie. Nie „upijajmy się” (i nie chodzi tu jedynie o alkohol), nie pozwólmy się omamić egoizmowi w przeróżnych jego odmianach, przekraczaniem za wszelką cenę granic człowieczeństwa, bo to zwodnicze i niszczące.

Czuwanie otwiera nas na nadzieję, na nowe stworzenie, na zamysł samego Boga. Łukasz przedstawia nam nadejście Pana w kategoriach chwały i potęgi: będzie to więc spotkanie z Chrystusem-Sędzią. Na to spotkanie mamy być gotowi, co więcej – mamy go wyczekiwać!
Niekiedy wizja sądu zbyt mocno skupia naszą uwagę i zaciemnia istotę przekazu Ewangelisty: tymczasem w świetle słowa Bożego każde spotkanie z Jezusem, także to ostateczne, jest przede wszystkim wydarzeniem zbawczym. Ukazuje przecież Chrystusa-Wybawiciela! Zapowiedź dnia sądu nie może być dla nas, chrześcijan, nieustannym źródłem lęku, a to z tego powodu, że mocno wierzymy, iż będzie to przyjście pełne miłosierdzia. Bóg powróci po to, by nas uwolnić, odkupić, uradować, a Bóg nigdy nie przegrywa. Powinniśmy zatem nauczyć się wreszcie przyjmować Boże przebaczenie, Boży pokój, Boże wyzwolenie.
„Otrzymamy od Boga wszystko to, co mamy nadzieję otrzymać” – zapewniał św. Jan od Krzyża. Oto prawdziwy sens Adwentu: czasu pragnienia, przebudzenia, nadziei, ufności. Nasz Bóg nadchodzi, wstaje jak jutrzenka, nie opóźni się, udzieli nam swego Ducha, który pozwoli nam  trwać w modlitewnym wezwaniu: „Marantha! Przyjdź, Panie, Jezu”.
W tej sytuacji potrzeba tak naprawdę tylko jednej słusznej decyzji: w każdej chwili naszego życia zdać się ufnie na Boga. Jeśli nie chcemy, by dzień sądu nas zaskoczył – już teraz zgódźmy się na Jego bliskość. Amen.

 Ryszard Wróbel OFMConv

<<< PoprzedniNastępny >>>